iran
Full persian ninjas, czesc 3.
Kiedy w Jazd Mariusz i Gokhan zaproponowali, zebysmy pojechali do Bandar-e Abbas, zgodzilem sie, choc poczatkowo niechetnie, z powodu perspektywy zobaczenia lokalnej, dosc konserwatywnej kultury, oraz z powodu przygody zwiazanej z akcjami typu "zrobmy cos glupiego". Ali Reza zabral nas na dworzec i wcisnal w autokar nad Zatoke Perska. Znowu niewygodna i nieprzespana noc na siedzaco -- Mariusz przezornie wzial alumate, na ktorej rozkladal sie w przejsciu, a ja kolanami, lokciami i zadem spychalem nieproszonych gosci, ktorzy co rusz zwalali sie na wolne siedzenie Mariusza. Gdy rano o 4:30 kierowcy spuscili nas z lancucha przed jakims przydroznym barem, czuc bylo juz lekki powiew piekla w powietrzu. Nie bylem jednak gotowy na to, co nas zastalo o 7 na dworcu w Bandar.
Gokhan juz byl zalatwil nocleg u Mejsona, znajomego gospodarzy HC z Teheranu. Mejson podjechal po nas klimatyzowanym samochodem. Pierwsza minuta w Bandar to byl sprint z plecakiem do tegoz auto i ochloniecie po szoku termicznym, przy klimatyzacji odkreconej do konca. Bylo juz ponad 40C, wilgoc z pewnoscia powyzej 90%, choc nie mielismy jak to do konca sprawdzic. Pozniej juz bylo tylko gorzej. Slyszalem, ze latem mieszkancy Bandaru poruszaja sie miedzy klimatyzowanym mieszkaniem a klimatyzowanym biurem klimatyzowanymi taksowkami. Nie-mieszkancy nie przyjezdzaja.
Zostalismy u Mejsona trzy dni. Pierwszego dnia, zaraz po przyjezdzie, wcisneli w nas sniadanie, zdrzemnelismy sie, po czym zostalismy niejako zobowiazani do udzialu w ogromnym obiedzie, po czym znowu uprawialismy nicnierobienie, bo przed zmrokiem nie odwazalismy sie wychodzic z domu na dluzej niz 5 minut, ktore i tak (w moim przypadku) konczyly sie natychmiastowym i zupelnym przemoczeniem. Mejson po angielsku znal niemal wylacznie nazwy ptakow -- zajmuje sie zawodowo ptactwem dla jakiejs agencji ochrony srodowiska -- wiec naszym opiekunem zostal sasiad-anglista, Mehdi, ktory w tak tradycyjnej okolicy jaka jest Bandar, jest wlasciwie czlonkiem rodziny.
Wyruszlismy po zmroku na przejazdzke po miescie, krotki meczeting, spacer przez mini-centrum handlowe (glowna atrakcja -- klimatyzacja), zamoczenie nog w zatoce i na nargile. Nastepnego dnia wybralismy sie z Mehdim do Minab, godzine drogi od Bandar. Tam znajduja sie akurat dwie atrakcje -- pierwsza to krewny Mejsona, wlasciciel klimatyzowanego samochodu i nasz przewodnik bo miescinie, oraz konserwatywne panie paradujace po okolicy w pelnym rynsztunku szariackim, czyli kolorowy czador i burka na twarzy. Odslaniaja tylko dlonie, stopi i galki oczne. Nasz kierowca nawet przekonal pare pan do pozowania do zdjecia, wiec misja zakonczyla sie sukcesem.
Wlasciwie to to mnie przekonalo do Bandaru -- to konserwatywny, przeciwny do Teheranu, biegun kultury perskiej. Jest tu ciekawa mieszanka ludzi -- wiele osob ma rysy twarzy na pol perskie, na pol murzynskie, przepraszam, afroperskie. Dziecaki lataja z afro na glowie, a juz szegolnie na wyspie Hormoz, na ktora wybralismy sie plastikowa motorowka z Auchana dnia ostatniego, za 1$. Wypsa wielkoscia plasuje sie gdzies miedzy duzym arbuzem a placem Konstytucji. Mimo to jest tam uniwersytet, wielkosci kina Ochota, co jest dla mnie niezrozumiale, poniewaz nawet gdyby obaj mieszkancy wyspy byli studentami, to mogliby doplywac na zajecia do Bandar.
Zlapalismy pana z vanem, ktory nas obwiozl po wyspie, z przystankiem pod malo ciekawym fortem portugalskim (atrakcja typu kupa kamieni, z akcentem na pierwsze slowo), a potem wszyscy sie rozhedzabowalismy i wskoczylismy na godzine do wody. Jesli czlowiek zamknie oczy i pomysli o ojczyznie, to przypomina ona smakiem i temperatura rosol z kury.
Przekonalismy Mehdi'ego do HC, dzieki czemu Bandar-e Abbas teraz ma swojego pierwszego i jedynego czlonka. Mehdi nie jest wierzacy, choc oczywiscie oficjalnie jest muzulmaninem. Jego rodzina jest ponoc mniej konserwatywna od naszych gospodarzy. Nie dane nam bylo to sprawdzic, poniewaz, jak powiedzial, nie moze nas wykrasc, choc nikt w rodzinie Mejsona potrafil zlozyc zdania po angielsku. Kobiety przemykaly sie tylko po mieszkaniu, nigdy nie przebywaly w tym samym pokoju, nawet nie przynosily jedzenia, tylko donosily je do drzwi i podawaly tace synom. Spalismy wszyscy osobno, dziewieciu facetow (w tym ojciec rodziny) w salonie, na dywanach, a kobiety Allach wie gdzie. Pierwszego dnia mielismy sie rozebrac do snu, ale Gokhan nas w pore ostrzegl: "Tu sie spi w spodniach." W kazdej chwili mogla przeciez wejsc kobieta, a przeciez facetow tez obowiazuje hedzab, w naszym przypadku od lydek do pasa.
Ta konserwatywnosc tez przejawiala sie w goscinnosci. Rodzina stawala na glowie, zeby nam bylo wygodnie. Wspomnielismy tylko, ze chcielibysmy trzeciego dnia ruszyc autobusem do Teheranu, a brat zadzwonil, kuzyn pojechal samochodem na dworzec i sasiad przekazal bilety na najlepszy autobus na tej trasie.
W Bandar-e Abbas pozegnalismy sie z Gokhanem, ktory wracal do naszych gospodarzy w Esfahanie. Do Teheranu jechalismy niemal dobe. Znow Mariusz zajal pozycje strategiczna, czyli horyzontalna. Ja mialem tylko jednego nieproszonego goscia, ktorego, jak sie okazalo, latwo bylo splawic jednym zdaniem, wypowiedzianym powolna, lamana, formalna perszczyzna: "Gdzie jest panskie siedzenie?" "Zabrali mi" powiedzial, wstal i poszedl sie uprzykrzac komus innemu.
W Teheranie zwalilismy sie na glowe Rezie, naszemu gospodarzowi sprzed dwoch tygodni. Dotarlismy na miejsce spoznieni, zastalismy rodzine (bez Rezy) przed drzwiami. Chyba nawet cieszyli sie tak na nasz widok jak my na ich. Zostawili nam mieszkanie, z poleceniem zrobienia sobie jajecznicy na kolacji. Ledwo wypilismy smootha z melona, kiedy wtoczyl sie do mieszkania Reza, wracajacy z popijawy u znajomych. Nie pozwolil nam sie od razu wykapac, musielismy mu najpierw pomoc paroma lykami w miare ochydnego bimbru z winogron. Potem postanowil, ze dolaczymy do reszty rodziny na urodzinach swojego paroletniego kuzyna, i wyciagnal nas na ulice, do taksowki, i na tulaczke po bocznych uliczkach dosc ladnej dzielnicy w okolicach placu Azadi. Nie wiem do konca, czy rodzina sie nas spodziewala, choc wszyscy sprawiali wrazenie zadowolonych z naszego przybycia. Gorzej z Reza, ktory juz byl ewidentnie wstawiony, co doprowadzilo do konfilktu z ojcem. Za pijanstwo grozi w Iranie kara parudziesieciu batow, choc dla rodziny nie robilo to wielkiej roznicy. Sa chyba najmniej konserwatywna grupa jaka poznalismy przez ostatnie 2 tygodnie. Na imprezie tylko kobiety po czterdziestce byly w chustach, reszta normalnie, po europejsku. Wyjasnilem pozniej siostrze Rezy, ze dla mnie to pewnego rodzaju schizofrenia, przynajmniej dla obserwatora. W kazdej irance sa dwie iranki: jedna na ulicy, w hedzabie, a druga w domu, z gola glowa, na luzie. Co ciekawe, jedna nawet wystroila sie w krotka spodniczke, ale za kolana, czego jeszcze nie widzialem w tym kraju. Jednak kiedy tylko siadala, zaslaniala kolana chusta. Byla tez ciotka Reza, kobeta po trzydziestce, samotna, ktora swoim pieknym akcentem i sposobem bycia pasowala do stereotypu "wyluzowanej cioci z ameryki." Zapytana przez Mariusza, ile lat spedzila w Kalifornii, odpowiedziala, ze nigdy nie byla za granica.
Dzis wstalismy o szostej i wyruszylismy w dluga i nuzaca droge autobusami i taksowkami na Tadzrisz, bogatsza dzielnice polnocnego Teheranu, w ktorej znajduje sie nowa ambasada turkmenska. Zgodnie z przepowiednia, Turkmeni zrobili wszystko, by utrudnic wydanie wizy. Oplata wynosi $31, ale pan w okienku nie ma wydac. Po raz kolejny proszono nas o ksero paszportu. Po czym oswiadczono, ze mamy jutro przyjsc po wizy. Mariusz slusznie sklamal, ze mamy juz bilety na wieczorny autobus do Maszhadu. Pan postanowil, ze mamy przyjsc o 16.
Mamy juz wizy turkmenskie w paszporcie. Dokladnie okreslono daty i miejsca wjazdu i wyjazdu. Nie mozemy sie poruszac po innych trasach, innymi slowy, nie mamy prawa wjechac do stolicy, Aszgabatu. Oto dyskretny urok totalitaryzmu. Jutro wieczorem autobus do Maszhadu.
Buna protiv dahija, cz. 2
W Sziraz zasnelismy. Najpierw na lawce na dworcu, kiedy przyjechalismy przed switem, potem niechcacy u Ali'ego na pare godzin. Duzo ludzi tez spi w parkach, ale jak sie okazuje, jest to tu zupelnie normalne -- bedac w obcym miescie, w podrozy, mozesz najzwyczajniej rozbic namiot w srodku parku, rozlozyc perska karimate (czyli dywan) i zrobic sobie calonocny piknik. Widzielismy cale rodziny, wcale nie biedne, w namiotach przy samej trasie biegnacej przez przelecz pod brama miasta.
Ali'ego poznalem w metrze w Teheranie, kiedy jechalem na spotkanie z Mariuszem na plac Chomeiniego. Obiecal, ze nas przenocuje w swoim miescie rodzinnym, wiec ta'arof nie ta'arof, postanowilismy skorzystac. Wczoraj rano, ojciec Ali'ego zabral nas swoim jeepem do Persepolis. O Persepolis nie ma co sie rozpisywac, chodzi o benzyne. Przypuszczam, opierajac sie przypuszczeniach Mariusza, ze ten czolg pali 15L/100km, a od dwoch miesiecy paliwo jest w Iranie racjonowanie (na "kartki", tylko ze elektroniczne, nie takie, jak za PRL). Na jeden samochod przypada 100L benzyny miesiecznie, a ojciec Ali'ego kupuje na czarnym rynku po piecokrotnej cenie. Choc to i tak ulamek tego, co cena paliwa w Polsce czy Turcji, musialo go to szarpnac po kieszeni. Delikatnie zasugerowalem Ali'emu, ze to pewnie duzy klopot byl dla ojca nas zawiesc te paredziesiat kilometrow, ale dowiedzialem sie tylko, ze "byc moze". Damn ta'arof.
Ali ma jednego brata i trzy siostry. Wszystkie studiuja albo beda studiowac elektronike. Ali skonczyl matematyke, a jego mlody brat zostanie perskim Sorosem. Chlopak w wieku 13 lat swoje pierwsze $1000 zarobil na spekulacji kartami SIM -- stanal w kolejce i kupil numer telefonu, a po dwoch miesiacach odsprzedal go za tysiac chomeinich. Za zarobione pieniadze kupil 200-metrowa dzialke pod Szirazem. Zapytany o to, co trzeba robic, by odniesc taki sukces finansowy jak on, odpowiedzial, jame!, oszczedzac. Siostry mimo zboczenia matematycznego sa uzdolnione muzycznie -- wczoraj Mariam zagrala nam na setarze, a ta siostra, ktora ma imie trudniejsze do zapamietania, spiewala.
Przedwczoraj zalapalismy sie na koncert muzyki tradycyjnej w hali Hafeza, bylismy jedynymi horedzi na sali -- nie bylo ani jednego turysty. Byly moze dwie albo trzy kobiety w czadorach, zupelnie inny Iran. Po koncercie odprawilismy tate, Mariam i siostre z dwuczlonowym imieniem do domu i poszlismy na kebaba (oczywiscie, w Iranie znaczy to cos zupelnie innego.) Ali zaprowadzil nas do lokalu, w ktorym chleb, a raczej nalesniki, robia na miejscu, a kebaba, czyli osobno baranine, pomidory, cebule, jakies liscie i chleb, dostalismy do worka z plastikowym obrusem, i rozlozylismy sie w parku pod fontanna. Gdybym mogl przeniesc jedna rzecz z Iranu do Polski, to wlasnie to -- mozliwosc rozlozenia sie o polnocy w parku nie zas*anym psimi odchodami a obleganym przez rodziny z dziecmi a nie przez pijakow i narkomanow wloczacymi twarzami po ziemi. Jesli szariat ma swoje dobre strony, to do nich mozna zaliczyc brak alkoholikow na ulicy i to, ze wiekszosc Iranczykow nawet nie wie, jak wygladaja psie odchody.
Jesli ktos bedzie w Szirazie i skusi sie na odwiedziny nad grobem Hafez, zdradze pewna tajemnice: jak wszystko w Iranie, nalezy to robic noca. Dzis w nocy autobus do Bandar Abbas.
Buna protiv dahija, kidanje bukagija
Nie przesadzilismy w Jazd. Zobaczylismy pare meczetow, zajrzalismy do zoroastrianskiej swiatyni ognia, przypadkiem trafilismy na synagoge. Faceci w srodku nie rozumieli po hebrajsku (co sie akurat dobrze sklada w naszym przypaku), ale wytlumaczyli nam, ze w miescie jest co najwyzej 50 zydow, ze byli dwa razy w Izraelu, a Ahmadinezad jest OK. A oprocz tego po prostu siedzielismy w miescie na pustyni, ktore akurat przezywalo inwazje polska. Jedna kolezanka doliczyla sie trzynastu polakow w jednym hotelu. Postanowilismy to uczcic na dachu zakupionym przez Rafala gheljunem i asortymentem bajecznie tanich owocow, glownie melonow.
Pojechalismy do Kermanu po poludniu. Autobus sie spoznil, ale za to punktualnie, dokladnie o jedna godzine co do minuty. Lonely Planet twierdzi, ze jazda trwa 6 godzin, i tez sie nie pomylili, bo przezornie wliczyli przerwy typu "zatrzymajmy sie na obrzezach miastach pod sklepem z herbata, mydlem i defibrylatorami i poczekajmy trzy kwadranse na druga polowe pasazerow, wtajemniczonych w system niewidzialnych przystankow." Ten sam system funkcjonuje w Mongolii, z ta roznica, ze u nich wtajemniczeni pasazerowie wsiadaju dopiero wtedy, kiedy autobus juz jest pelny. Po drodze autobus zrobil przerwy m.in. na modlitwe o 18:00 -- mniejszosc facetow, w tym nasz towarzysz podrozy -- sunnita, oraz jakis Ujgur i dziadek wygladajacy na Pasztuna, wysiedli i rozlozyli chusty na piasku. Potem jeszcze byl przystanek na zaladowanie autobusu lekkimi bialymi kartonami z niewiadoma zawartoscia, ladowane do luki bagazowej przez "tasmociag"pasazerow.
Wlasciwie to nie wiem po co tu przyjechalismy. Nazwa miasta Kerman przewija sie wsrod podrozujacych tu niemal tak czesto jak Jazd czy Sziraz, wiec nawet nie siedzielismy zbyt dlugo nad LP, tylko pojechalismy. Starajcie sie tak nie robic, jesli wybierzecie sie do Iranu. Do tego perskiego Ostrowca Swietokrzyskiego kiedys sie przyjezdzalo, zeby dojechac do Bam. Odkad wycieczki do fortecy staly sie jedynie zabawa dla disaster tourists, mozna tu najwyzej zwiedzic laznie i bazar, albo wybrac sie autobusem (bilet 30gr) 20km pod miasto do ktorejs oazy. My akurat wybralismy Mahan, ktory byl tak fajny, ze postanowilismy tam nic nie robic (i tak nie ma tam co robic), i po zwiedzeniu mauzoleum sufickiego derwisza, walnelismy sie na cieplym betonie pod drzewem, miedzy piknikujacymi rodzinami, i czekalismy az Gokhan skonczy dzien swiety swiecic w meczecie piatkowym. Potem zalowalem, ze zasnalem. Gokhan, bedac turkiem, rozumie muzulmanskie slowa-kluczowe, i uslyszal jak na "kazaniu" mulla cos mowil o Izraelu i Ameryce.
Jedna rodzinka nas zaprosila na swoj dywan i wcisnela nam lody szafranowe. Obiecalem, ze Kaczynscy skontaktuja sie z Ahmadinezadem w sprawie importu, polecam. Potem zaoferowala nam podwiezienie do parku ksiecia. Corka z ojcem i bratem poszli z nami na spacer, ale jak to zwykle bywa z persami, powstala nieco krepujaca sytuacja polegajaca na tym, ze oni chcieli wrocic juz po reszte rodziny i jechac do Kermanu, ale nie chcieli nas tak otwarcie porzucac; my z kolei chcielismy, zeby juz juz sobie poszli do domu, bo chcielismy posiedziec godzine albo dwie w cieniu i wypic herbate, ale nie chcielismy ich splawiac. W koncu udalo nam sie gladko i ze wzajemnym zrozumieniem rozstac. Z podobnymi sytuacjami, wynikajacymi z perskich zasad goscinnosci i manier, tzw. taarof, spotykamy sie codziennie.
Dzis wieczorem autobus nocny do Szirazu. Jedna noc tu w zupelnosci wystarczy. Pierwszy raz spotkalem nieuprzejmych persow. Nawet jesli wczesniej zdarzalo im sie zachowywac przyglupawo (te wszystkie "hello mister" oraz niezliczone dialogi typu: "where you from?" "Lachestan" "Lachestaaaaaaaan...") to nigdy nie byli chamscy, ale portier/kasjer/ogo-je cieciu z trzydolorowego hotelu wczoraj ewidentnie nas nie lubil, choc nasz kolega sunnita najwyrazniej byl dla niego w porzadku.
Don't go THAT way, you will be going in the wrong direction.
Persowie chyba nie moge powiedziec "nie wiem". Nauczylismy sie juz nie pytac o droge dokadkolwiek, lub pytac kilka osob i wyciagnac srednia. Iranczyk nie powie, ze nie wie gdzie jest restauracja albo czajchana. Wysle Cie wiec w kierunku restauracji oddalonej przykladowo o 2km, wskazujac reka, "o tam". Albo wytlumaczy jak dojsc, po persku, nie zwazajac na to, jakie szanse ma turysta na zrozumienie polecen. Czasem mam wrazenie, ze wskazuja bardzo skomplikowana trase i na koniec mowia, po swojemu, "No, jesli pojdziesz tak jak Ci powiedzialem, to bedziesz szedl w odwrotnym kierunku."
Jak szlismy do Javada z HC, w Esfahanie, na placu Imama sprzedawca pocztowek narysowal nam mape trasy (zrozumiala tylko dla nas) i napisal po persku nazwe ulicy i kucze (krotkiej uliczki odchodzacej od glownej, np. kucze nr 5, albo imienia jakiegos pomniejszego szahida.) Po drodze wciskalem zeszyt pod nos przypadkowo napotkanym mezczyznom. Wszyscy czytali uwaznie lecz ze zdziwieniem nazwe kucze, po czym zwolywali kolegow (ktorzy tez nie wiedzieli gdzie to jest) i badali uwaznie mapke, ktora na dobra sprawe wskazywala jedynie droge powrotna na plac Imama. Po czym odsylali nas w odwrotnym kierunku.
Mariusz zauwazyl, ze jest w Iranie pewien typ starszego pana, wyksztalconego przed rewolucja, mowiacego po angielsku. Znalezlismy takiego w ichniejszym Copy General. On zadzwonil do ojca Javada i uzgodnil co trzeba jak prawdziwy native speaker i po 15 minutach bylismy na miejscu.
Javad pracuje w rosyjskiej fabryce, caly dzien sprawdza czy swieca sie zielone diody a nie czerwone. Chce wyjechac do Szwecji, doskonale mowi po angielsku. Wrocil do domu o polnocy, a tam juz trwala impreza na calego. Jubilatem byl narzeczony siostry Javada, dalsze kuzynostwo, znali sie od dziecinstwa, rodzice zaaranzowali malzenstwo. Przyszly szwagier powiedzial nam (tu w roli tlumacza siostra Javada, Rana, tez z HC, tez anglistka), ze statystycznie rzecz ujmujac, aranzowane malzenstwa sa szczesliwsze i rzadziej sie rozpadaja. Wypytywali sie od "te sprawy" w Polsce. Na wiesc o tym, ze narzeczeni lub zwyczajne pary czesto mieszkaja ze soba przed slubem, jedna z kolejnych kuzynek Javada, szczelnie zaczadorowana i z Koranem pod pacha, zareagowala oburzeniem. Uspokoila sie dopiero kiedy wyjasnilem, ze niektore pary, np. katolickie, tak nie robia.
Javad wyznaje Islam tylko oficjalnie -- tak ma napisane w dowodzie osobistym. Szanuje jednak zwyczaje, z szacunku dla ojca, ktory jest gleboko wierzacy, choc nienawidzi Ahmedinezada i Chomeiniego. Twierdza, ze rzad niszczy Islam -- ta opinia sie powtarza w 90% naszych rozmow. Jego kuzynka za to wlasnie wrocila ze swietego miasta Maszchadu, gdzie znajduje sie swiatynia Imama Rezy. Akurat tlumaczylem jej roznice miedzy protestantyzmem a katolicyzmem, kiedy rozmowe przerwal wejsciem smoka Javad.
Zabral nas ostatniego dnia pobytu na krotki meczeting samochodem kumpla (Ali'ego), potem na dworzec autobusowy, i z poznanym u Javada Turkiem Gokhanem (tez HC) ruszylismy na pustnie, do Jazd autobusem. Mielismy tu miec nocleg hc-owy, ale jedyny aktywny czlonek mieszka w hostelu. Zostalismy tam na jedna noc. W ksiedze gosci jest napisane (po polsku), ze pewna podrozniczka zastala zywego gekona pod prysznicem. Pokoje ulegly okupacji indyjskiej, jest brudno a poranne szorowanie zebow w lazience wywolalo odruchy wymiotne. Pierwszy raz spalismy w hotelu, za $3 od osoby i bylismy mocno zdziwieni -- Iran jest dosc czysty, przynajmniej na srednim europejskim poziomie. Ale tu tez widzielismy po raz pierwszy, po tygodniu podrozy, zebrakow.
Wczoraj spotkalismy na placu przed meczetem spora grupe sympatycznych Polakow z Warszawy. Okazalo sie, ze Mariusz ich poznal przed rokiem w Ulan Bator. Polish Travelers Unit itp. wiec wybralismy sie wieczorem w poszukiwaniu nargili, zakazanej ostatnio w miejscach publicznych przez wladze iranskie, choc widzielismy je w Teheranie nie raz. W koncu systemem "idz prosto, skrec w lewo, zrob au batido i 7 krokow na azymut 348 stopni" trafilismy do swietnej czajchany, gdzie zgodzil sie przyniesc 2 ghejluny z domu.
Dzis rano poszlismy do hotel Silk Road, przy meczecie piatkowym w Jazdzie, gdzie spia Polacy, liczac na miejsce w wycieczce po okolicznych wioskach zoroastrianskich. Nie zmiescilismy sie, ale za to postanowilismy przeniesc sie do ich lokalu, gdzie za $3 mamy miejsce na dachu w czystym i "klimatycznym" miejscu.
Postanowilismy ze pojedziemy nad zatoke perska, do Bandar Abbas. Kazdy kto podrozuje po Iranie doskonale wie, ze tego sie po prostu nie robi latem, ale chlopaki mnie przekonali -- moj pozyczony piracki LP twierdzi, ze w pobizu znajduje sie wioska, gdzie kobiety zamiast czadorow nosza maski.
Rada dla travelersow: jesli byliscie kiedykolwiek w Mongolii, nie zamawiajcie dizi w knajpie w meczecie na placu Amirczaqmaq. Ta baranina grozi wywolaniem dramatycznych wspomnien gastronomicznych.
Full persian ninjas, czesc َُ2
Zgodnie uznalismy z Mariuszem, ze Iran to jeden z najbezpieczniejszych krajow w ktorych bylismy. Jest tylko jedno, potencjalnie dosc powazne zagrozenie w miastach perskich. Chodzi oczywiscie o przechodzenie przez ulice.
Kierowcy perscy trzymaja sie jednej zasady: "Jesli sie da, jedz po prawym pasie." Cala reszta ulega gruntownej relatywizacji. Swiatla na skrzyzowaniach sa najwyzej sugestia, przejscia dla pieszych do dekoracja asfaltu. Najczesciej jednak nie rozjezdzaja pieszych, poniewaz wiazaloby sie do z roznymi klopotami natury biurokratycznej, nie wspominajac juz o tym, ze w ultra-grzecznym Iranie, rozjechanie kogos samochodem najpewniej uchodzi za niewybaczalne faux-pas.
Przechodzi sie przez jezdnie na tzw. szahida, tzn. wchodzisz pod samochod, jesli uznasz, ze moze zdazy wyhamowac lub ominac Cie lukiem. Jesli ulica jest szersza, robisz przystanki po kazdym pasie, wyginajac sie odpowiednio by nie zahaczyc o lusterka mijajacych taksowek.
Granica miedzy taksowka a nie-taksowka jest tez dosc dowolna. Wszystko co sie zatrzyma i Cie zabierze jest taksowka. Cena wynosi 200 tomanow (60gr), za jeden rzut beretem. Jesli nie poprosisz o prywatna przejazdke, to taksowkarz bierze dodatkowych pasazerow, w tym kobiety, nawet do aut juz zaladowanych facetami.
Podobny paradoks odkrylismy w pociagu relacji Teheran - Esfahan. Mozna by sie rospisywac dosc dlugo na temat kolei perskich - choc siec nie jest zbyt rozbudowana, to dworce (przynajmniej w Teheranie i Esfahanie) sa czyste i nie smierdza tym czym dworce w Polsce (wiecie czym). Obsluga, w tym policja, mowi troche po angielsku, a przynajmniej na tyle, by pokierowac na odpowiedni peron i komunikaty rowniez sa wyglaszane wyrazna angielszczyzna. Same pociagi tez nas zachwycily -- za $4 mielismy miejsce w kuszetce podobnej do kupe w Rosji, co prawda szescioosobowej, ale za to klimatyzowanej. Za darmo czysta posciel. Do podzialu z reszta pasazerow butelka wody i aktualna gazeta w jezyku perskim. I, jak sie okazuje, przedzialy sa koedukacyjne.
Z Mariuszem zajelismy najwyzsze prycze. Dosiadly sie dwa malzenstwa, jedno stare i jedno mlode. Starsza pani miala tylko chuste, mloda byla cala zawinieta, ale jeszcze nie na tzw. persian ninja. Nie wiem, czy kwestia plci w przedzialach jest do rozwiazania logistycznie. Wyobrazam sobie jednak, ze zasialibysmy niezly zamet, gdybysmy zajeli z Mariuszem parter i pietro.
W Esfahanie jest "czarniej" niz w Teheranie. Na pierwszy rzut oka, 25% kobiet w Teheranie nosi czador, reszta ma zwykle ciemne manteau zakrywajace posladki i ciemna chuste na glowie. W Esfahanie, wiekszosc kobiet zaslania czadorem wszystko poza twarza i dlonmi. W meczecie Imama zobaczylismy nawet trzy kobiety w opcji full persian ninja, z zakrytymi twarzami. Odslonily je, by napic sie wody na dziedzincu, ale szybko zakryly sie jak tylko Mariusz wyciagnal aparat.
W tym meczecie dorwala nas tez dwudziestoosobowa grupka kolonijna z mulla na czele. Wszystkie chcialy sobie zrobic zdjecia z obcokrajowcami, a i z mulla sobie pogadalismy lamanym perskim. Oglosil, ze Lachestan jest OK i zrobilismy sobie razem zdjecia.
Full persian ninjas
Dzis ostatni dzien w Teheranie. Bylismy rano w ambasadzie Turkmenistanu. Ambasador czy konsul podjechal pod wille i wypadl ze sluzbowego mercedesa z polgodzinnym opoznieniem. Sadzac po twarzy, jak to stwierdzil Mariusz, ktos mu cos dosyla poczta dyplomatyczna z Aszgabatu. Prosili tylko o ksero wizy uzbeckiej i strony czolowej paszportu, reszta ($31, 2 zdjecia kolorowe, 2 formularze) mamy przyniesc za 10-14 dni. Wize tranzytowa dostaniemy prawie na pewno, nie wiadomo jednak, czy z prawem wjazdu do Aszgabatu.
Mieszkamy na zachodzie miasta, zaraz pod samolotami startujacymi z lotniska. Nie jest to co prawda slynny "polnocny Teheran", ale rodzina Rezy wydaje sie byc dosc zamozna. Nasz gospodarz, przykladowo, wyjezdza na studia do Szwecji, bez stypendium. Maja 2 mieszkania wlasnosciowe, kazde wielkosci 200 metrow -- przestrzen wystarczajaca na maly mecz buzkaszi.
Wczoraj trafilismy na urodziny brata Rezy. Poinformowani wczesniej, zdazylismy kupic 1,5kg ciastek (cena w Teherani: 7PLN) i odspiewalismy mu "Sto lat". Przy kolacji, cala rodzina wyciagnela komorki, wlaczyla nagrywanie i zazyczyla sobie bisu. Zjechala sie ciotka i wujek Rezy, byla tez jego mlodsza siostra, studiujaca architekture. Wszystkie bez hedzabu -- tylko matka twardo trzymala chuste na glowie. Ciotka doznala ekstazy na widok 1 grosza polskiego oraz forintu wegierskiego (chyba chodzilo o rozmiar tych monet) -- wysypalismy jej drobne, Mariusz sprezentowal polski banknot do kolekcji.
Reza, siostra i mama mowia swietnie po angielsku -- ta ostatnia jest nauczycielka jezyka. Dla reszty rodziny Reza tlumaczyl konsekutywnie. Wszyscy mieli mnostwo pytan, w tym standardowe, typu "what do you think of Iran?", "Why did you come here", ale byly tez ciezsze: ojciec Rezy, zagorzaly marksista i backpacker (jezdzil po Europie zachodniej w ubieglym roku, spiac po parkach) prowadzil dysputy z Mariuszem na temat komunizmu, ja probowalem z kolei wybic z glowy Sai'owi mit o amerykanskiej mobilnosci spolecznej. On mnie z kolei przekonywal, ze lepiej byc biednym w Los Angeles niz bogatym w Teheranie. Ja przekonywalem proamerykanskich iranczykow, ze jednak Wielki Szatan, Mariusz pokazywal zdjecia z San Diego na iPodzie. Potem puscil Rezie kawalek Lony "Panie Mahmudzie", z tlumaczeniem. Reza z kolei przekladal na perski. Rodzina parsknela smiechem przy "Wolalbym wypic z Chatamim." Potem demonstrowalimy sztuczki popisowe jezyka polskiego, ze Szczebrzeszynem na czele, a oni podjeli wezwanie i kazali nam powtorzyc cos czego nie powtorze.
Wczoraj trafilismy pod byla ambasade USA. Mariusz zapozowal do zdjecia, stajac na rekach przed statua wolnosci z trupia czaszka, ja z kolei ustawilem sie przed lufa rewolweru pomalowanego w paski i gwiazdki. Nie bylo nawet straznikow, wiec historie o odebranych aparatach i filmach chyba juz naleza do przeszlosci.
Na dworcu w Aksarayu, w Stambule, moj zasluzony obiektyw Tamrona przezyl ciezszy upadek z wyskosci biodra, i jedna soczewka wyskoczyla. W sklepie fotograficznym powiedzieli mi, ze to jest nie do naprawienia, i musze kupic nowy obiektyw, wiec poszedlem do zakladu naprawy aparatow gdzie zrobili mi to w trzy godziny, jednak za $35. (Dla ciekawskich travellersow: od poludniowego wschodu Mejdan-e Emam Khomeini 100m na poludnie, w dzielnicy aparatow fotograficznych i sprzetu laboratoryjnego). Teraz musze nadrobic 3 dni bez zdjec w Teheranie.
Wczoraj poszlismy na Wieki Bazar, Bazar-e Bozorg, ktory oczywiscie byl zamkniety z okazji dnia swietego. Jednak nastepujacej rozmowy sie nie spodziewalem: "Gdzie jest meczet piatkowy?" "Tam, ale jest zamkniety." "Dlaczego?" "Bo jest piatek." W domu nam dopiero Reza wytlumaczyl, ze w piatki, religijni teheranczycy, ktorych jest coraz mniej, chodza na wspolne modly piatkowe na Uniwersytet Teheranu. Trudno jest znalezc meczet w tym miescie, nie liczac licznych mikromeczetow na bazarze.
Bazar jest wlasciwie kryta dzielnica, w ktorej znajduje sie parenascie kilometrow uliczek, po ktorych przeciskaja sie ludzie i motocykle, miedzy chramami podzielonymi na "dzielnice". Mozna np. znalezc kilka dzielnic z tasma klejaca, orzechami wloskimi, gietymi rurami, fajkami wodnymi, chustami, plecakami, mydlem, pasta do zebow, etc. Po dwoch godzinach szukania, znalezlismy dzielnice z nargilami (polecam ulice przy wschodniej krawedzi, Szahid Mostafa Khomeini, my znalezlismy fajny sklep zaraz na poludnie od skrzyzowaniem z Seyyed Esmail 1st Alley: Nargile z podobizna Szacha od $5, mellasa po $1 za paczke.) Jednak najwieksza atrakcja bazaru, choc w sumie mozna to znalezc w wielu miejscach w miescie, to 0,3L smooth z lodu i swiezego melona lub marchwi za 1,50PLN.
Dzis wieczorem pociag do Esfahanu.
Igranka bez ustanka
Iran przywital mnie groznym spojrzeniem Imama Chomeiniego na kazdym rogu i niezwykla uprzejmoscia policji na granicy. Nie przetrzepali mi plecaka, tylko zapytali sie, czy mam alkohol. Nie zapytali jednak, czy mam puszke pasztetu wieprzowego z Serbii i to byl ich blad. Iranczykow sprawdzali doszczetnie, mnie tylko zapytali, co to za kraj, ta "Rzeczpospolita Polska", i przeszedlem bez klopotu.
Jechalem 2 dni ze Stambulu do Teheranu. Z dworca wyruszaja 3 autokary, w jednym faceci i kobiety (prawie pelny), a drugi prawie pusty, z samymi facetami (czyli moj). Nie wiem, kto byl w trzecim. Nie wiem tez, jak im sie to moze oplacac. Bilet tureckim PKSem do granicy kosztuje ok $55, a ja za perski bilet zaplacilem $35. Zostalem oficjalnym obiektem zainteresowania wszystkich pasazerow, wszyscy chcieli mi pomoc na granicy, przy pierwszej perskiej restauracji po drodze, i kiedy tylko byla okazja pytali sie z troska, hubi?
Tak dlugo marzylem o tym zeby tu przyjechac, ze kiedy juz dotarlem, nie przezylem nawet najmniejszego szoku kulturowego. Ot, kobiety w czadorach, uprzejmi ludzie, wszystko pisane od prawej do lewej, to Iran ktory mialem w glowie, i jak juz tu dotarlem, czuje sie jak w domu.
Na stacji metra Azadi (na ktorej z glosnikow leci europejska muzyka klasyczna) zagadal do mnie niejaki Ali. Pociagi byly tak zapchane, ze dopiero za trzecim razem udalo nam sie wsiasc. Trafilismy na umowione miejsce spotkania z Mariuszem, stacja Imam Chomeini, z dwugodzinnym wyprzedzeniem, wiec Ali zabral mnie do czajchany (taki iranskie Same Fusy, tylko w Iranie mozna sie polozyc, i nie jest to w najmniejszym stopniu ekskluzywne). Nie wiem nawet ile zaplacilismy, bo Ali, zgodnie z perskim dekorum, nie pozwolil mi nawet zblizyc sie do kasy, pomimo moich usilnych prosb.
Wrocilismy na stacje metra, a tam czekal na mnie Mariusz. Nadrabiamy miesiac rozlaki i planujemy nastepne 3 tygodnie. Ja z kolei probuje przypomniec sobie cos z perskiego po poltoratygodniowej przerwie w nauce. Mamy noclego u milej rodziny iranskiej poznanej przez hospitality club i, byc moze, bedziemy goscmi na weselu perskim w Esfahanie. Jutro jest piatek, dzien swiety, wiec dopiero w sobote zalatwimy wizy turkmenskie. Nasz gospodarz, Reza, twierdzi, ze majac wize uzbecka nie bedziemy mieli zadnych klopotow z turkmenskim tranzytem. Inszallah.
Jednak nie dziala mi komorka serbska, ale, uwaga uwaga, polska Heyah dziala w Iranie! Zatem wszelkie wiadomosci o naglych zmianach w sytuacji politycznej, czy nawet zwykle Allah Akbar przyjmuje pod swoim normalnym numerem. Z innych ciekawostek: wymienilem dzis $100 na riale iranskie i otrzymalem 5 centymetrowy stos banknotow 20 000 rialowych (10 000 riali = 3PLN). Bilet na autobus kosztuje 6 groszy. 1,5L zimnej wody mineralnej, ok 80 groszy. 2 kawy, 2 herbaty, kola i jajecznica z chlebem w knajpie, 8PLN. Za reszte nie zaplacisz karta Visa (z wyjatkiem pojedynczych sklepow, w ktorych terminale lacza sie z Zjednoczonymi Emiratami Arabskimi).

Zobacz w Google Earth

