Na tajniaka tajniak mruga
Znow granica perska okazala sie bardziej smieszna niz grozna. Pogranicznik nie chcial uwierzyc, ze jestesmy z Polski, poniewaz w naszych paszportach ani razu nie wystepuje slowo Lachestan. Dopiero ulomne proby wytlumaczenia po persku wywolaly olsnienie w jego glowie. Pytali nas o zawod (przy wyjezdzie?!), Mariusz odpowiedzial, ze student, ja przez chwile rozwazalem odpowiedzi "spekulacja gieldowa" lub "handel bronia", ale zostalem przy opcji klasycznej.
Choc po stronie perskiej jest caly, w miare nowoczesny kompleks, tak przejscie po stronie Turkmenskiej sugeruje, ze odbywa sie tam tylko handel pestkami slonecznika. Turkmeni na sluzbie zasadniczej, ubrani w szmaty najgorszego gatunku, uzbrojeni w kalasznikowy bez magazynkow, siedza przed nieklimatyzowana buda, w ktorej jest tylko stol, pieczatka, i spore zdjecie nowego dyktatora. Zapytany przez najwyzej postawionego soldata, o to, czy jedziemy do Aszgabatu, Mariusz odpowiedzial, ze nam przeciez nie wolno. Na to soldat, ze wolno. Postanowilismy przesiac odpowiedz przez grube sito, i w nastepnej budzie granicznej znow zapytac.
W drugiej budzie przeladowywano recznie karton z jednego tira na drugi, jedno wejscie bylo zupelnie zawalone parcianymi torbami z plastikowymi klapkami Made in China, po ktorych wspinali sie pogranicznicy chcac dojsc do tira z papierem. Nas przyjeto po kwadransie, wyciagnieto z nas haracz $12 (oplata graniczna), i wreczono karty z dokladnie wyznaczona trasa tranzytu przez Turkmenie. Na wyrazna i wielokrotna prosbe Mariusza, drugi przystanek brzmial Aszgabat.
Jeszcze spisali wszystkie sprzety (w tym odtwarzacze MP3 -- pogranicznik Mariusza mial klopot z wyrazem iPod), spytali o geroine, gaszisz i bron, prawie otworzyli Mariuszowi paczke z melassa do nargili, i puszczono nas.
Przez to, ze ambasada nie puscila nas do Aszgabatu, musielismy nadrobic 400km z powrotem na zachod. Z tlumu entuzjastycznych majfrendow/taksowkarzy wybralismy jednego, ktory dowiozl nas do najblizszej wsi, a po ostrych pertraktacjach, do stolicy. Wedlug roznych wyliczen, za jednego dolara mozna w Turkmenistanie kupic 60-100L paliwa, wiec mam nadzieje, ze te $27 ktore na nas zarobil pojdzie na pomarancze dla dzieci a nie na wodke. Po drodze zatrzmalismy sie na kawe przed przydroznym stolem i pienkiem. Dziewczyna miala komorke, wiec przelozylismy karte SIM do telefonu Mariusza i zadzwonilismy do Oli (wice-konsul RP w Turkmenistanie, do ktorej kontakt mielismy od Gosii z SEWu), ale odebral ktos mowiacy bardzo zle po niemiecku. W tym momencie dostalem smsa od operatora z adresem najblizszej ambasady RP -- zdazylem tylko spisac ulice i numer domy, po czym telefon sie rozladowal
Ruszylismy dalej do Aszgabatu, z adresem na kartce, liczac, ze jak trafimy do ambasady, ktos skontaktuje sie z Ola. Minelismy liczne punkty kontroli drogowej, ale tylko raz sprawdzono nam paszporty. W koncu wjechalismy do stolicy. Ja i Mariusz z twarzami przylepionymi do szyb "podziwialismy" wielkie urzedy, teatry, i inne prawie puste budowle, wzniesione na osobiste zyczenie zmarlego w grudniu Saparmurata Nijazowa, samozwanczego Turkmenbaszy. Kierowca tym czasem, z coraz wiekszym niepokojem szukal Bulwaru Ataturka 241, pytajac sie co rusz ludzi i milicjantow, ktorzy o takiej ulicy nigdy nie slyszeli. Po jakims czasie i ja zaczalem sie niepokoic, wiec odpalilem jeszcze raz telefon i dojechalem do konca wiadomosci. Okazalo sie, ze adres, ktory dostalismy, to lokalizacja ambasady RP w Ankarze. (Jak nam pozniej wyjasnila Ola, ambasada w Aszgabacie jest jeszcze w trakcie tworzenia.) Nie zdradzilismy tego faktu kierowcy, poprosilismy tylko, zeby nas podrzucil w miejsce, z ktorego mozna zadzwonic.
Pan szofer podwiozl nas do call-center, w ktorym, przed archaicznymi aparatami, czekala kolejka ludzi na pol godziny. Powiedziano nam jednak, ze jesli jestesmy sklonni przeplacic dziesieciokrotnie, mozemy sie wcisnac bez kolejki. Oczywiscie skorzystalismy i po chwili rozmawialismy z Ola, ktora akurat byla w Turkmenabat, pod granica uzbecka, ale miala o 12 z Karolina przyleciec samolotem. Umowilismy sie wiec pod trojnoszka, czyli arka neutraliteta, na wierzchu ktorej znajduje sie zloty posag Turkmenbaszy, obracajacy sie w ciagu dnia w kierunku slonca. "Przeplacilismy" jednak za rozmowe, zamiast rownowartosci 5 groszy zaplacilismy 50.
Siedzielismy jeszcze do pozna u Oli i jej przyjaciolki Karoliny, ktora przyjechala na "staz" do Turkmenistanu. Okazalo sie, ze oprocz Gosi, mamy jeszcze innych wspolnych znajomych, chocby Kusztara z SEW i Macka z OSW. Nastepnego dnia, Ola probowala (m.in. przez swoja lektorke turkmenskiego) zalatwic nam bilety na pociag do granicy uzbeckiej (ok $1.50). Bezskutecznie. Na samolot nie bylo szans, choc bilety kosztowaly dla nas $15, czyli 10x wiecej niz dla lokalnych. My wpadlismy tylko na chwile do ambasady, poznalismy pana ambasadora i zone, i ruszylismy do centrum
Centrum Aszgabatu ciezko jest odpowiednio opisac, to po prostu trzeba zobaczyc. Calosc wyglada, jakby autystyczne dziecko z megalomania gralo w Sim-City. W zupelnie dowolnych ukladach porozrzucane sa ogromne, pompatyczne, marmurowe, bezuzyteczne budowle, najczesciej urzedy, w ktorych urzednicy zajmuja 1/4. Ponoc, oczywiscie, bo nie mozna tak po prostu wejsc sobie do zadnego. Do niektorych, np. do tzw. Palacu Duchowosci, nie mozna sie nawet zblizyc na 50m ani fotografowac. Uklad budynkow i przestrzen miedzy nimi sprawia, ze trudno "po drodze" mijac je, gdyz nie sa do nikad po drodze, choc sa w samym centrum. Jak juz ktos podejdzie, jest pilnie obserwowany przez policje lub zolnierzy.
Do tego dochodzi jeszcze park, "laczacy" "dzielnice" "urzedow" z rzedami wiezowcow wybudowanych dla przodownikow turkmenskich. "Laczacy", dlatego, ze nikogo w tych parkach nie ma. Trawa jest idealnie przycieta, wszystkie krzewy i kwiaty doskonale nawodnione, brakuje jedynie ludzi, ktorzy omijaja ten park szerokim lukiem. Przemykaja sie jedynie z rzadka robotnice, z twarzami zawinietymi, czyszczac kazdy centymetr kwadratowy marmurowych fontann, w tym potwornie kiczowatej fontanny z czterometrowym, zlotym Turkmenbasza na tle kilku koni. Calosc sprawia wrazenie planu z filmu science-fiction, w ktorym czlowiek laduje na obcej planecie, w ktorej miasta i parki sa idealnie czyste i zadbane, lodowki sa pelne, silniki samochodow na wolnych obrotach czekaja na swoich kierowcow, ale nie ma jednak ani jednego czlowieka.
Kupilismy jeszcze Ruhname i wrocilismy do domu Oli, gdzie z Karolina przygotowaly pyszne, lokalne dania (humus, baklazany w smietanie, zupe marchewkowa) i nalewki cytrynowe i figowe. Wpadl jeszcze Pan Staszek, szeg ochrony ONZ na Turkmenistan, z kolezanka, oraz wice-nuncjusz Stolicy Apostolskiej w Turkmenistanie, o. Jacek. W tym calym Fenianie srodkowoazjatyckim mielismy, przynajmniej przez pare godzin, mala oaze slowianska. Przed polnoca wszyscy sie rozkrecili i Jacek i Mariusz spiewali z gitara piesni harcerskie. Nastepnego dnia zgodnie uznalismy, ze byl to jeden z najfajniejszych dni wyprawy i pojechalismy do Uzbekistanu.

Zobacz w Google Earth


whoa. evocative. a ja mam
whoa. evocative.
a ja mam kotka. ale pewnie na niedlugo bo czarek go nie chce wiec mam sie nie przyzwyczajac.
sciski