Why yes, we do impatiently await the arrival of the Apocalypse.

Kontynuujemy serię wizyt i rewizyt z Rezą z Teheranu. Ja go poznałem przez Hospitality Club, kiedy w lipcu ubiegłego roku wrzuciłem post na forum HC, prosząc o nocleg w Iranie. On się odezwał po kwadransie, oferując mnie i Mariuszowi gościnę w swoim dużym mieszkaniu w dzielnicy Tehran-Sar. On potem wyleciał na studia do Szwecji, i wraz ze swoją chińską dziewczyną Naną zahaczyli o Warszawę w marcu, podczas trasy środkowoeuropejskiej. Wtedy w ciemno z Mariuszem kupiliśmy bilety na WizzAir do Göteborga, bo były tanie, a nie dlatego, że lot wypadł w środku sesji.

Po pięciu latach wróciłem do Szwecji zupełnie niewyspany. Skandynawia niewiele się zmieniła, wciąż jest droga, mokra i senna. W piątkowy poranek dworzec główny w Göteborgu był pusty, a z rzadka pojawiające się białe twarze szybko przemykały się po hali, żeby przypadkiem nie nawiązać kontaktu wzrokowego z drugim człowiekiem. Jedyny uśmiech widzieliśmy na twarzy Irakijczyka w kasie biletowej, kiedy zapytałem, czy jest Persem. Okazało się, że choć jest szyitą, urodził się w Qom, w Iranie, i mówił po persku. Po raz pierwszy od roku miałem okazję pożegnać się słowami “Khoda hafez”. Reza pojawił się w piżamie i klapka, jeszcze nie wytrzeźwiawszy po poprzedniej nocy. Kupił nam bilety z automatu (damn ta'arof) i władował nas w autobus do Borås, gdzie studiuje.

boomp3.com

Całą drogę słuchałem płyty F♯A♯∞, Godspeed You! Black Emperor. Polecam to jako soundtrack do jakiejkolwiek podróży, jednak do przejażdżki przez prowincję szwedzką ta płyta nadaje się w sposób szczególny. Łatwo sobie wyobrazić Szwecję w fazie końca świata. Być może dlatego, że dobrobyt i spokój jest tu tak widoczny, sama nasuwa się wizja destrukcji, jako kontrast. Sam spotkałem się z opinią dziewczyny z sąsiedniej Finlandii, że życie jest tu zbyt łatwe. Ludzie równocześnie sprawiają wrażenie smutnych i zblazowanych. I choć próżno by na podstawie tak powierzchownych, zewnętrznych cech twierdzić, że społeczeństwo szwedzkie zasługuje na metkę “zgniłego”, jakoś trudno odpędzić wizję płonących samochodów (with no driver at the wheel) i zgliszcz domów.

Göteborg był pusty, plastikowy, a lokalni wyglądali jak manekiny, które postanowiły zbuntować się przeciwko dyrekcji salonu H&M i wyszły na miasto. Borås z kolei to średniej wielkości wymarłe miasto. Przyjechaliśmy w przeddzień Midsommardag, czyli Nocy Świętojańskiej. Najwidoczniej święta państwowe w Szwecji mają to do siebie, że wszyscy zaszywają się w swoich mieszkaniach, albo wyjeżdżają za miasto. Chodziliśmy w deszczu po wyludnionym Borås, widząc czasem tylko pojedynczych Hindusów, Persów, Arabów i Murzynów. Szwedzi, jeśli się pojawiali, biegli w pojedynkę i mijając nas, przerzucali swoje torby na drugie ramię.

Reza już nie musi żyć pod władzą mułłów i nadrabia przy każdej okazji. W sklepach można kupić tylko piwo 3,5%, a “normalny” alkohol kupuje się w punktach Systembolaget, czyli sklepach monopolowych w dosłownym znaczeniu. W Borås jest ich zaledwie garstka, i zamykane są późnym popołudniem. Pierwsza wyprawa do miasta zakończyła się niepowodzeniem, w odczuciu Rezy, bo wszystkie Systembolagety były zamknięte z okazji święta.

Mieszkamy na osiedlu niskich bloków, w lesie na obrzeżach Borås. Część budynków to akademiki, w których mieszkają prawie wyłącznie studenci z Azji, a reszta do państwowe budownictwo przeznaczone dla uchodźców i “biedoty” szwedzkiej. W segmencie Rezy mieszka jeszcze Nana i jeden Hindus z Chennai. Pobliski sklep należy do tureckich Kurdów. W piątek, w drodze po zakupy, zauważyłem lokal z napisem “ćevap”. Podszedłem więc do właściciela palącego przed drzwiami, i zapytałem się po serbsku, czy możemy się napić kawy. Facet się na mnie spojrzał jak na wariata, i od razu głupio mi się zrobiło, że założyłem, że to knajpa bośniacka. Po czym odpowiedział, również po serbsku: “Oczywiście, jaką chcesz kawę?” Wypiliśmy więc pierwsze porządne espresso w Skandynawii, a Reza zajął się rozmową z Irańczykami przed kafaną.

Na osiedlu czujemy się jak w Iranie, jest tylko chłodniej i drożej. W autobusach Reza najczęściej z kimś nawiązuje rozmowę po persku. Niekiedy pojawi się zabłąkany Szwed-intruz. W sklepach znajdujemy produkty importowane z Bliskiego Wschodu albo z Bośni. Nana gotuje nam pyszne potrawy chińskie. Kupiliśmy na drogę powrotną płaskie chleby irańskie. Jutro o 8 rano samolot do Warszawy.

arthur – Nie, 2008 – 06 – 22 22:17

Jo Negociata - Vetëvendosje

Siedzimy w Prisztinie. Przyjechaliśmy bezpośrednio z Belgradu, nazajutrz po ogłoszeniu wyników wyborów, bo nie chciało nam się tego samego dnia ruszać nocnikiem o 22:00 do Skopja. Okazuje się, że codziennie odjeżdża kilka autobusów do Prisztiny, z głównego dworca autobusowego w Belgradzie. W środku głównie Albańczycy, i paru Serbów. Wszyscy z serbskim dowodem osobistym i identyfikatorem wydanym przez UNMIK. Pani Autobusowa chodziła wzdłuż pojazdu rozdając wcześniej zebrany dowody osobiste, wywołując nazwiska muzułmańskie z wyraźnym serbskim akcentem. Wszystko w dość miłej atmosferze.

Dojechaliśmy do "linii administracyjnej" (bo przecież nie granicy, z punktu widzenia serbskiego), do autobusu weszli policjanci (nie pogranicznicy, oczywiście) i zażądali dokumentów. Z Kubą stwierdziliśmy, że skoro to nie granica, to wystarczy jakikolwiek dokument, nie koniecznie paszport. Ja poszedłem na pierwszy ogień i wyjechałem facetowi z kartą ISIC. "Nic więcej nie masz?" zapytał. Odpowiedziałem, że nie wiedziałem, że jest potrzebny, skoro to nie granica państwowa. Serb na to: "Nije to tvoje da o tome razmiszljasz". Kuba wówczas schował polski dowód i obaj wyciągnęliśmy paszporty.

Na pierwszy rzut oka, niewiele się zmieniło na prowincji kosowskiej od mojego ostatniego pobytu, w 2003 roku. Ziemia przy głównych drogach wciąż jest okupowana przez szkielety niedokończonych budynków, od czapy postawionych budynków czteropiętrowych z meblami lub przerażającymi sukniami ślubnymi w witrynach. Co parędziesiąt metrów sklep z amerykańsko-brzmiącą nazwą (Hillary, Victory, Dallas, Liberty, etc) oraz flaga albańska obok nowej, ultrawazeliniarskiej flagi kosowskiej. Nie ma już prawie w ogóle drutu kolczastego. Z rzadka widzi się pojazdy opancerzone KFOR, częściej białe SUV z literami UN na drzwiach.

Po drodze do Prisztiny wyłapaliśmy pierwszych "międzynarodowych" w autobusie, dwie dziewczyny z Paryża piszące dla jakiejś gazety czy dla 20minutes.fr, w sumie nie wiem do końca. Planowały jechać, podobnie jak i my, do Wielkiej Hoczy,i miały się spotkać z hordą zaprzyjaźnionych francuskich dziennikarzy w Prisztinie. Okazało się, że cała gromada śpi w tym samym guesthouse'ie co my (tym samym, w którym byłem w 2003 r.), więc zdobyliśmy sporo informacji o Kosowskiej Mitrowicy, w której grupa francuzów numer 2 kręciła reportaż przez 3 dni.

Wczoraj pojechaliśmy do Mitrowicy. 40 km, jedzie się 1,5h, ponieważ Kosowo funkcjonuje na zasadach azjatyckich (ukryte przystanki, nielogiczna marszruta, interesy kierowcy być może załatwiane po drodze). Wysiedliśmy po stronie muzułmańskiej i zwaliliśmy się do knajpy albańskiej na obiad. Właściciel należał do tej 1/10 obywatelu demoludów, która robiła biznes (bądź biznjes) w Polsce, i oczywiście chciał z nami pogadać. Akurat był u niego człowiek, który zajmował się "kateringiem" - dowoził jedzenie na budowy po obu stronach mostu. Zabraliśmy się z nim do Boszniaciej Mahali, ulicy po serbskiej stronie, która jest swego rozdaju ziemią niczyją. Mieszkają tam i Bośniacy, i Albańczycy, i coraz częściej Serbowie. Rząd w Belgradzie właśnie tam postanowił umieścić placówkę terenową Ministerstwa ds. Kosowa i Metochii, wraz z ogromnym, oczojebnym billboardem: "KOSOVO JE SRBIJA". Strzeliliśmy parę zdjęć, po czym przyłączyli się do nas dość konkretnie zbudowani panowie Serbowie w ubranich munduropodobnych, i zapytali, dla kogo pracujemy. Pierwsze pytanie w Kosowie. "What mission are you from". Włączyliśmy tryb "Talk your way out of trouble in the local language", i pokazaliśmy zdjęcia w aparacie. Akurat miałem zdjęcia sklepu albańskiego z koszulkami propagandowymi i płytami DVD z twarzą znanego terorysty sziptarskiego/bohatera albańskiego. Wymagało to trochę wyjaśnień, ale po wszystkim faceci nas polubili i nawet podwijali rękawy i pokazywali nam swoje tatuaże z symbolami zbrodniczych serbskich jednostek paramilitarnych.

Jeszcze przeprowadziliśmy wywiad z 17letnim chłopcem po stronie albańskiej. Co ciekawe, twierdził, że od czasów dzieciństwa nie był po stronie serbskiej. Potem wróciliśmy na stronę serbską pogadać z KPSami (Kosovo Police Service), sami Serbowie, którzy oczywiście mieli swoje, dość stanowcze zdanie na temat tego, czy międzynarodowi tak samo traktują ludność serbską i albańską. Podali przykład wioski spalonej przez Albańczyków na oczach KFORowców francuskich, 17 marca 2004 roku. Francuzi ponoć przyjęli do bazy kobiety i dzieci, a facetów zostawili we wsi. Odwrotnych przykładów nie podali.

Na koniec całej przygody trafiliśmy do specyficznej knajpy w Boszniackiej Mahali. Właściciel jest Turkiem, a przychodzą do niego zarówno Serbowie jak i Albańczycy. Nie trafiliśmy na śniadanie, a ponoć właśnie wtedy można ich wszystkich zobaczyć razem. Facet ponoć otrzymuje pogróżki z jednej i drugiej strony, właśnie za to. Przeprowadziliśmy z nim trzygodzinny, dość optymistyczny wywiad.

Skrót najważniejszych informacji: Obcokrajowcy wjeżdżający do Kosowa otrzymują 90-dniową, darmową wizę. Celem przedłużenia pobytu, należny napisać na oficjalny adres mailowy jakiegoś urzędu. Skrzynka znajduje się na hotmail.com. Very professional.

arthur – Śro, 2008 – 05 – 14 18:42

Wasni etniczne na styku czlowiek - maszyna

Mialo byc dlugo i tresciwie, ale albanski komputer w kafecje w Kosowie najwyrazniej wyczul, ze ma do czynienia ze Slowianinem, i zresetowal sie samoczynnie gdzies w okolicach opisu granicy Kosowskiej. Zatem wiecej jutro, jak ostygnie nienawisc. Jestesmy w Prisztinie, dzis bylismy w Mitrowicy, zarowno po stronie albanskiej jak i po serbskiej. Jest bezpiecznie. Most stoi jak stal, po jednej stronie go strzega Serbowie z Czechem i Hindusem, a po drugiej stronie wytatuowani Francuzi nie mowiacy ni w zab po angielsku. Jutro jedziemy z francuskimi dziennikarkami z 20minutes.fr do miejscowosci Velika Hocza.

arthur – Wto, 2008 – 05 – 13 22:13

And the apartment goes the way of the car

The Merol Gutted

Świeca śp. Merola po powrocie z Konstantynopola.

arthur – Śro, 2008 – 01 – 30 20:07

Bullet in your head

arthur – Wto, 2007 – 09 – 25 21:43

The Lachestan Escape Plan

Jestesmy w Kijowie, niespodziewanie. W Doniecku okazalo sie, ze musimy jechac z przesiadka przez Kijow. Mamy tu tylko pare godzin, za chwile spotykamy sie z Katja. Probuje wciaz dorwac Sergieja i Zenie. Dobrze znow byc w Polsce, prawie, choc tu juz jesien. Jutro rano jestesmy w Lwowie, wieczorem bedziemy w Warszawie.

arthur – Czw, 2007 – 08 – 30 10:28

Kazachstan, Lachestan

Opuscilismy juz Uzbekistan. Dzis rano pojechalismy na bazar, gdzie pomocny pan wsadzil nas do marszrutki na granice. Na granicy, jak to czesto bywa, znajdowalo sie przejscie graniczne. Tylko ze dla lokalnych. Kolejna pomocna osoba za $8 zawiozla nas na prawdziwe przejscie graniczne, gdzie poszlo sprawniej, niz myslalem, choc na nasze nieszczescie, wyposazono jednego z pogranicznikow w laptopa. Sadzac po wyrazie twarzy i sposobie mowienia, gdyby odciac temu czlowiekowi jednego palca, mialby klopot doliczyc do dziesieciu. Poza tym sprawnie poszlo i po paru godzinach znalezlismy sie w kolejnym komunistycznym nigdzie pod dworcem. Koniki probowali nam sprzedac nieistniejace bilety na pociag, Mariusz za to z profesjonalizmem Roberta Paulsona z Fight Club wywolal u pani w okienku odruchy matczyne. Ta z kolei zadzwonila do Almaty i osobiscie uzgodnila z kierowniczka pociagu, ze dwojka Polakow przyjedzie jej dac w lape, byleby dostac sie do pociagu relacji Almata-Simferopol. Jesli vsjo budjet charaszo, za trzy dni bedziemy w Doniecku kombinowac bilety do Lwowa. Czeka nas lezenie, czytanie, dlubanie slonecznika, granie w nardy, czyli srodkowoazjatycka odmiane backgammona, i ogladanie stepu. Pozwole sobie jeszcze tylko wyrazic zachwyt nad tym, ze w tej kafejce jest Linux. Dobranoc panstwu.

arthur – Nie, 2007 – 08 – 26 13:34

Sa rozne sprawy

Siedzimy od wczoraj w Taszkencie. Buchara i Samarkanda ladne, piekne meczety, smaczne szaszlyki. Schody zaczely sie tu, kiedy okazalo sie, ze nie mozemy wybrac pieniedzy z zadnego "punktu wymiany" w hotelach -- tzn. miejscach, w ktorych z karty wyplacaja dolary za prowizja. Z bankomatow mozna w Uzbekistanie wyplacac co prawda lokalna walute, ale najwyzszy nominal to 1000 somow, czyli niecaly $1. Najwyzsza kwota, jaka mozna pobrac z bankomatu jednorazowo to 20000 somow. Powolujac sie na Ole z Aszgabatu, poprosilismy pana w ambasadzie RP w Taszkencie o pomoc, on ma nam wreczyc dolary, a my zrobimy mu przelew. Jak to Mariusz zauwazyl, gdyby tabuny turystow przewalaly sie przez Uzbekistan, taka pomoc bylaby dla nas pewnie niedostepna, ale dzieki izolacji Uzbekistanu, backpacker jest tu wciaz rzadki, a konsul pewnie sie nudzi.

Spimy u Zokira, z HC. Podloga sie troche rusza, ale chlopak jest bystry i jest native-speakerem czterech jezykow: w domu rozmawia z rodzicami po kazachsku, z rodzenstwem w lokalnym dialekcie, dosc odmiennym od uzbeckiego, w szkole po rosyjsku, a w innych sytuacjach po uzbecku. I jest anglista.

Wracamy caly czas w rozmowach do tego Turkmenistanu. Wczoraj Zokir opowiedzial nam przy szaszlykach o tym, jak wprowadzono wizy turystyczne dla uzbekow w Turkmenistanie: Ponoc Islam Karimov, prezydent Uzbekistanu, raz sie przejezyczyl i powiedzial Supermurat na Saparmurata Nijazowa, i Turkmenbasza sie wkurzyl. Dowiedzielismy sie tez, ze Turkmenbasza zlikwidowal prawie wszystkie szpitale i biblioteki, twierdzac, ze Turkmeni nie choruja i wszystko juz wiedza. Choc nie wolno palic papierosow na ulicy, w miejscach publicznych ani w samochodach, prezydent oficjalnie zezwolil posiadanie opium w ilosciach <5g, poniewaz, jak to sam stwierdzil w oredziu do narodu, "Co to za Turkmen co nie pali opium?" Dla rownowagi, zapytalismy Zokira, czy jest szansa na zmiany prezydenta uzbeckiego w grudniowych wyborach. On potwierdzil, ze tak. Nowym prezydentem ma zostac corka aktualnie urzedujacego Islama Karimova.

Jutro jedziemy w ciemno do Kazachstanu. Dwa rozne zrodla podaja sprzeczne daty odjazdu pociagu do Doniecka, wiec liczymy tu na Allacha i korupcje wsrod prowadnikow.

arthur – Sob, 2007 – 08 – 25 10:49

Na tajniaka tajniak mruga

Znow granica perska okazala sie bardziej smieszna niz grozna. Pogranicznik nie chcial uwierzyc, ze jestesmy z Polski, poniewaz w naszych paszportach ani razu nie wystepuje slowo Lachestan. Dopiero ulomne proby wytlumaczenia po persku wywolaly olsnienie w jego glowie. Pytali nas o zawod (przy wyjezdzie?!), Mariusz odpowiedzial, ze student, ja przez chwile rozwazalem odpowiedzi "spekulacja gieldowa" lub "handel bronia", ale zostalem przy opcji klasycznej.

Choc po stronie perskiej jest caly, w miare nowoczesny kompleks, tak przejscie po stronie Turkmenskiej sugeruje, ze odbywa sie tam tylko handel pestkami slonecznika. Turkmeni na sluzbie zasadniczej, ubrani w szmaty najgorszego gatunku, uzbrojeni w kalasznikowy bez magazynkow, siedza przed nieklimatyzowana buda, w ktorej jest tylko stol, pieczatka, i spore zdjecie nowego dyktatora. Zapytany przez najwyzej postawionego soldata, o to, czy jedziemy do Aszgabatu, Mariusz odpowiedzial, ze nam przeciez nie wolno. Na to soldat, ze wolno. Postanowilismy przesiac odpowiedz przez grube sito, i w nastepnej budzie granicznej znow zapytac.

W drugiej budzie przeladowywano recznie karton z jednego tira na drugi, jedno wejscie bylo zupelnie zawalone parcianymi torbami z plastikowymi klapkami Made in China, po ktorych wspinali sie pogranicznicy chcac dojsc do tira z papierem. Nas przyjeto po kwadransie, wyciagnieto z nas haracz $12 (oplata graniczna), i wreczono karty z dokladnie wyznaczona trasa tranzytu przez Turkmenie. Na wyrazna i wielokrotna prosbe Mariusza, drugi przystanek brzmial Aszgabat.

Jeszcze spisali wszystkie sprzety (w tym odtwarzacze MP3 -- pogranicznik Mariusza mial klopot z wyrazem iPod), spytali o geroine, gaszisz i bron, prawie otworzyli Mariuszowi paczke z melassa do nargili, i puszczono nas.

Przez to, ze ambasada nie puscila nas do Aszgabatu, musielismy nadrobic 400km z powrotem na zachod. Z tlumu entuzjastycznych majfrendow/taksowkarzy wybralismy jednego, ktory dowiozl nas do najblizszej wsi, a po ostrych pertraktacjach, do stolicy. Wedlug roznych wyliczen, za jednego dolara mozna w Turkmenistanie kupic 60-100L paliwa, wiec mam nadzieje, ze te $27 ktore na nas zarobil pojdzie na pomarancze dla dzieci a nie na wodke. Po drodze zatrzmalismy sie na kawe przed przydroznym stolem i pienkiem. Dziewczyna miala komorke, wiec przelozylismy karte SIM do telefonu Mariusza i zadzwonilismy do Oli (wice-konsul RP w Turkmenistanie, do ktorej kontakt mielismy od Gosii z SEWu), ale odebral ktos mowiacy bardzo zle po niemiecku. W tym momencie dostalem smsa od operatora z adresem najblizszej ambasady RP -- zdazylem tylko spisac ulice i numer domy, po czym telefon sie rozladowal

Ruszylismy dalej do Aszgabatu, z adresem na kartce, liczac, ze jak trafimy do ambasady, ktos skontaktuje sie z Ola. Minelismy liczne punkty kontroli drogowej, ale tylko raz sprawdzono nam paszporty. W koncu wjechalismy do stolicy. Ja i Mariusz z twarzami przylepionymi do szyb "podziwialismy" wielkie urzedy, teatry, i inne prawie puste budowle, wzniesione na osobiste zyczenie zmarlego w grudniu Saparmurata Nijazowa, samozwanczego Turkmenbaszy. Kierowca tym czasem, z coraz wiekszym niepokojem szukal Bulwaru Ataturka 241, pytajac sie co rusz ludzi i milicjantow, ktorzy o takiej ulicy nigdy nie slyszeli. Po jakims czasie i ja zaczalem sie niepokoic, wiec odpalilem jeszcze raz telefon i dojechalem do konca wiadomosci. Okazalo sie, ze adres, ktory dostalismy, to lokalizacja ambasady RP w Ankarze. (Jak nam pozniej wyjasnila Ola, ambasada w Aszgabacie jest jeszcze w trakcie tworzenia.) Nie zdradzilismy tego faktu kierowcy, poprosilismy tylko, zeby nas podrzucil w miejsce, z ktorego mozna zadzwonic.

Pan szofer podwiozl nas do call-center, w ktorym, przed archaicznymi aparatami, czekala kolejka ludzi na pol godziny. Powiedziano nam jednak, ze jesli jestesmy sklonni przeplacic dziesieciokrotnie, mozemy sie wcisnac bez kolejki. Oczywiscie skorzystalismy i po chwili rozmawialismy z Ola, ktora akurat byla w Turkmenabat, pod granica uzbecka, ale miala o 12 z Karolina przyleciec samolotem. Umowilismy sie wiec pod trojnoszka, czyli arka neutraliteta, na wierzchu ktorej znajduje sie zloty posag Turkmenbaszy, obracajacy sie w ciagu dnia w kierunku slonca. "Przeplacilismy" jednak za rozmowe, zamiast rownowartosci 5 groszy zaplacilismy 50.

Siedzielismy jeszcze do pozna u Oli i jej przyjaciolki Karoliny, ktora przyjechala na "staz" do Turkmenistanu. Okazalo sie, ze oprocz Gosi, mamy jeszcze innych wspolnych znajomych, chocby Kusztara z SEW i Macka z OSW. Nastepnego dnia, Ola probowala (m.in. przez swoja lektorke turkmenskiego) zalatwic nam bilety na pociag do granicy uzbeckiej (ok $1.50). Bezskutecznie. Na samolot nie bylo szans, choc bilety kosztowaly dla nas $15, czyli 10x wiecej niz dla lokalnych. My wpadlismy tylko na chwile do ambasady, poznalismy pana ambasadora i zone, i ruszylismy do centrum

Centrum Aszgabatu ciezko jest odpowiednio opisac, to po prostu trzeba zobaczyc. Calosc wyglada, jakby autystyczne dziecko z megalomania gralo w Sim-City. W zupelnie dowolnych ukladach porozrzucane sa ogromne, pompatyczne, marmurowe, bezuzyteczne budowle, najczesciej urzedy, w ktorych urzednicy zajmuja 1/4. Ponoc, oczywiscie, bo nie mozna tak po prostu wejsc sobie do zadnego. Do niektorych, np. do tzw. Palacu Duchowosci, nie mozna sie nawet zblizyc na 50m ani fotografowac. Uklad budynkow i przestrzen miedzy nimi sprawia, ze trudno "po drodze" mijac je, gdyz nie sa do nikad po drodze, choc sa w samym centrum. Jak juz ktos podejdzie, jest pilnie obserwowany przez policje lub zolnierzy.

Do tego dochodzi jeszcze park, "laczacy" "dzielnice" "urzedow" z rzedami wiezowcow wybudowanych dla przodownikow turkmenskich. "Laczacy", dlatego, ze nikogo w tych parkach nie ma. Trawa jest idealnie przycieta, wszystkie krzewy i kwiaty doskonale nawodnione, brakuje jedynie ludzi, ktorzy omijaja ten park szerokim lukiem. Przemykaja sie jedynie z rzadka robotnice, z twarzami zawinietymi, czyszczac kazdy centymetr kwadratowy marmurowych fontann, w tym potwornie kiczowatej fontanny z czterometrowym, zlotym Turkmenbasza na tle kilku koni. Calosc sprawia wrazenie planu z filmu science-fiction, w ktorym czlowiek laduje na obcej planecie, w ktorej miasta i parki sa idealnie czyste i zadbane, lodowki sa pelne, silniki samochodow na wolnych obrotach czekaja na swoich kierowcow, ale nie ma jednak ani jednego czlowieka.

Kupilismy jeszcze Ruhname i wrocilismy do domu Oli, gdzie z Karolina przygotowaly pyszne, lokalne dania (humus, baklazany w smietanie, zupe marchewkowa) i nalewki cytrynowe i figowe. Wpadl jeszcze Pan Staszek, szeg ochrony ONZ na Turkmenistan, z kolezanka, oraz wice-nuncjusz Stolicy Apostolskiej w Turkmenistanie, o. Jacek. W tym calym Fenianie srodkowoazjatyckim mielismy, przynajmniej przez pare godzin, mala oaze slowianska. Przed polnoca wszyscy sie rozkrecili i Jacek i Mariusz spiewali z gitara piesni harcerskie. Nastepnego dnia zgodnie uznalismy, ze byl to jeden z najfajniejszych dni wyprawy i pojechalismy do Uzbekistanu.

arthur – Pią, 2007 – 08 – 24 06:37

Full persian ninjas, czesc 3.

Kiedy w Jazd Mariusz i Gokhan zaproponowali, zebysmy pojechali do Bandar-e Abbas, zgodzilem sie, choc poczatkowo niechetnie, z powodu perspektywy zobaczenia lokalnej, dosc konserwatywnej kultury, oraz z powodu przygody zwiazanej z akcjami typu "zrobmy cos glupiego". Ali Reza zabral nas na dworzec i wcisnal w autokar nad Zatoke Perska. Znowu niewygodna i nieprzespana noc na siedzaco -- Mariusz przezornie wzial alumate, na ktorej rozkladal sie w przejsciu, a ja kolanami, lokciami i zadem spychalem nieproszonych gosci, ktorzy co rusz zwalali sie na wolne siedzenie Mariusza. Gdy rano o 4:30 kierowcy spuscili nas z lancucha przed jakims przydroznym barem, czuc bylo juz lekki powiew piekla w powietrzu. Nie bylem jednak gotowy na to, co nas zastalo o 7 na dworcu w Bandar.

Gokhan juz byl zalatwil nocleg u Mejsona, znajomego gospodarzy HC z Teheranu. Mejson podjechal po nas klimatyzowanym samochodem. Pierwsza minuta w Bandar to byl sprint z plecakiem do tegoz auto i ochloniecie po szoku termicznym, przy klimatyzacji odkreconej do konca. Bylo juz ponad 40C, wilgoc z pewnoscia powyzej 90%, choc nie mielismy jak to do konca sprawdzic. Pozniej juz bylo tylko gorzej. Slyszalem, ze latem mieszkancy Bandaru poruszaja sie miedzy klimatyzowanym mieszkaniem a klimatyzowanym biurem klimatyzowanymi taksowkami. Nie-mieszkancy nie przyjezdzaja.

Zostalismy u Mejsona trzy dni. Pierwszego dnia, zaraz po przyjezdzie, wcisneli w nas sniadanie, zdrzemnelismy sie, po czym zostalismy niejako zobowiazani do udzialu w ogromnym obiedzie, po czym znowu uprawialismy nicnierobienie, bo przed zmrokiem nie odwazalismy sie wychodzic z domu na dluzej niz 5 minut, ktore i tak (w moim przypadku) konczyly sie natychmiastowym i zupelnym przemoczeniem. Mejson po angielsku znal niemal wylacznie nazwy ptakow -- zajmuje sie zawodowo ptactwem dla jakiejs agencji ochrony srodowiska -- wiec naszym opiekunem zostal sasiad-anglista, Mehdi, ktory w tak tradycyjnej okolicy jaka jest Bandar, jest wlasciwie czlonkiem rodziny.

Wyruszlismy po zmroku na przejazdzke po miescie, krotki meczeting, spacer przez mini-centrum handlowe (glowna atrakcja -- klimatyzacja), zamoczenie nog w zatoce i na nargile. Nastepnego dnia wybralismy sie z Mehdim do Minab, godzine drogi od Bandar. Tam znajduja sie akurat dwie atrakcje -- pierwsza to krewny Mejsona, wlasciciel klimatyzowanego samochodu i nasz przewodnik bo miescinie, oraz konserwatywne panie paradujace po okolicy w pelnym rynsztunku szariackim, czyli kolorowy czador i burka na twarzy. Odslaniaja tylko dlonie, stopi i galki oczne. Nasz kierowca nawet przekonal pare pan do pozowania do zdjecia, wiec misja zakonczyla sie sukcesem.

Wlasciwie to to mnie przekonalo do Bandaru -- to konserwatywny, przeciwny do Teheranu, biegun kultury perskiej. Jest tu ciekawa mieszanka ludzi -- wiele osob ma rysy twarzy na pol perskie, na pol murzynskie, przepraszam, afroperskie. Dziecaki lataja z afro na glowie, a juz szegolnie na wyspie Hormoz, na ktora wybralismy sie plastikowa motorowka z Auchana dnia ostatniego, za 1$. Wypsa wielkoscia plasuje sie gdzies miedzy duzym arbuzem a placem Konstytucji. Mimo to jest tam uniwersytet, wielkosci kina Ochota, co jest dla mnie niezrozumiale, poniewaz nawet gdyby obaj mieszkancy wyspy byli studentami, to mogliby doplywac na zajecia do Bandar.

Zlapalismy pana z vanem, ktory nas obwiozl po wyspie, z przystankiem pod malo ciekawym fortem portugalskim (atrakcja typu kupa kamieni, z akcentem na pierwsze slowo), a potem wszyscy sie rozhedzabowalismy i wskoczylismy na godzine do wody. Jesli czlowiek zamknie oczy i pomysli o ojczyznie, to przypomina ona smakiem i temperatura rosol z kury.

Przekonalismy Mehdi'ego do HC, dzieki czemu Bandar-e Abbas teraz ma swojego pierwszego i jedynego czlonka. Mehdi nie jest wierzacy, choc oczywiscie oficjalnie jest muzulmaninem. Jego rodzina jest ponoc mniej konserwatywna od naszych gospodarzy. Nie dane nam bylo to sprawdzic, poniewaz, jak powiedzial, nie moze nas wykrasc, choc nikt w rodzinie Mejsona potrafil zlozyc zdania po angielsku. Kobiety przemykaly sie tylko po mieszkaniu, nigdy nie przebywaly w tym samym pokoju, nawet nie przynosily jedzenia, tylko donosily je do drzwi i podawaly tace synom. Spalismy wszyscy osobno, dziewieciu facetow (w tym ojciec rodziny) w salonie, na dywanach, a kobiety Allach wie gdzie. Pierwszego dnia mielismy sie rozebrac do snu, ale Gokhan nas w pore ostrzegl: "Tu sie spi w spodniach." W kazdej chwili mogla przeciez wejsc kobieta, a przeciez facetow tez obowiazuje hedzab, w naszym przypadku od lydek do pasa.

Ta konserwatywnosc tez przejawiala sie w goscinnosci. Rodzina stawala na glowie, zeby nam bylo wygodnie. Wspomnielismy tylko, ze chcielibysmy trzeciego dnia ruszyc autobusem do Teheranu, a brat zadzwonil, kuzyn pojechal samochodem na dworzec i sasiad przekazal bilety na najlepszy autobus na tej trasie.

W Bandar-e Abbas pozegnalismy sie z Gokhanem, ktory wracal do naszych gospodarzy w Esfahanie. Do Teheranu jechalismy niemal dobe. Znow Mariusz zajal pozycje strategiczna, czyli horyzontalna. Ja mialem tylko jednego nieproszonego goscia, ktorego, jak sie okazalo, latwo bylo splawic jednym zdaniem, wypowiedzianym powolna, lamana, formalna perszczyzna: "Gdzie jest panskie siedzenie?" "Zabrali mi" powiedzial, wstal i poszedl sie uprzykrzac komus innemu.

W Teheranie zwalilismy sie na glowe Rezie, naszemu gospodarzowi sprzed dwoch tygodni. Dotarlismy na miejsce spoznieni, zastalismy rodzine (bez Rezy) przed drzwiami. Chyba nawet cieszyli sie tak na nasz widok jak my na ich. Zostawili nam mieszkanie, z poleceniem zrobienia sobie jajecznicy na kolacji. Ledwo wypilismy smootha z melona, kiedy wtoczyl sie do mieszkania Reza, wracajacy z popijawy u znajomych. Nie pozwolil nam sie od razu wykapac, musielismy mu najpierw pomoc paroma lykami w miare ochydnego bimbru z winogron. Potem postanowil, ze dolaczymy do reszty rodziny na urodzinach swojego paroletniego kuzyna, i wyciagnal nas na ulice, do taksowki, i na tulaczke po bocznych uliczkach dosc ladnej dzielnicy w okolicach placu Azadi. Nie wiem do konca, czy rodzina sie nas spodziewala, choc wszyscy sprawiali wrazenie zadowolonych z naszego przybycia. Gorzej z Reza, ktory juz byl ewidentnie wstawiony, co doprowadzilo do konfilktu z ojcem. Za pijanstwo grozi w Iranie kara parudziesieciu batow, choc dla rodziny nie robilo to wielkiej roznicy. Sa chyba najmniej konserwatywna grupa jaka poznalismy przez ostatnie 2 tygodnie. Na imprezie tylko kobiety po czterdziestce byly w chustach, reszta normalnie, po europejsku. Wyjasnilem pozniej siostrze Rezy, ze dla mnie to pewnego rodzaju schizofrenia, przynajmniej dla obserwatora. W kazdej irance sa dwie iranki: jedna na ulicy, w hedzabie, a druga w domu, z gola glowa, na luzie. Co ciekawe, jedna nawet wystroila sie w krotka spodniczke, ale za kolana, czego jeszcze nie widzialem w tym kraju. Jednak kiedy tylko siadala, zaslaniala kolana chusta. Byla tez ciotka Reza, kobeta po trzydziestce, samotna, ktora swoim pieknym akcentem i sposobem bycia pasowala do stereotypu "wyluzowanej cioci z ameryki." Zapytana przez Mariusza, ile lat spedzila w Kalifornii, odpowiedziala, ze nigdy nie byla za granica.

Dzis wstalismy o szostej i wyruszylismy w dluga i nuzaca droge autobusami i taksowkami na Tadzrisz, bogatsza dzielnice polnocnego Teheranu, w ktorej znajduje sie nowa ambasada turkmenska. Zgodnie z przepowiednia, Turkmeni zrobili wszystko, by utrudnic wydanie wizy. Oplata wynosi $31, ale pan w okienku nie ma wydac. Po raz kolejny proszono nas o ksero paszportu. Po czym oswiadczono, ze mamy jutro przyjsc po wizy. Mariusz slusznie sklamal, ze mamy juz bilety na wieczorny autobus do Maszhadu. Pan postanowil, ze mamy przyjsc o 16.

Mamy juz wizy turkmenskie w paszporcie. Dokladnie okreslono daty i miejsca wjazdu i wyjazdu. Nie mozemy sie poruszac po innych trasach, innymi slowy, nie mamy prawa wjechac do stolicy, Aszgabatu. Oto dyskretny urok totalitaryzmu. Jutro wieczorem autobus do Maszhadu.

arthur – Sob, 2007 – 08 – 18 15:47