Planet of the Apes
Valérie z Montréalu przyleciała do Warszawy na tydzień odwiedzić Anię, wioząc ze sobą syrop klonowy i wiosnę, tak jak obiecała. Jako, że nigdy wcześniej nie podróżowała pociągiem, postanowiliśmy się wybrać do Krakowa koleją.
Na Centralnym pani za megafonem ogłosiła, że pociąg, jadący z Kołobrzegu, ma pół godziny spóźnienia. Czterdziestoosobowa ekipa policji prewencyjnej wyszykowana na nadejście Armagedonu wyjaśniła, że w podróży będzie nam towarzyszyć 600 miłośników piłki nożnej ― stąd spóźnienie. Ciężko jest nie-anglikom i nie-polakom wyjaśnić, co wspólnego ma sport z terminatorami uzbrojonymi w gaz łzawiący. Tym trudniej wyjaśnić, dlaczego pan w ostatnim wagonie nadjeżdżającego składu nagle odpala racę i wrzeszczy przez otwarte okno. Zepsuł mu się samochód? W wagonie jest za ciemno?
Szympansy z jakiegoś powodu jechały wymieszane z ludźmi, ale znaleźliśmy wagon z przedziałem dla normalnych. Zza ścian dobiegają wrzaski, dzięki którym Valérie wzbogaciła swoją znajomość potocznej polszczyzny. Dojechaliśmy tak aż za Jędrzejów, mijając na każdym peronie panów w czerni czekających z gazem łzawiącym (tak na wszelki wypadek). Kawałek za Jędrzejowem, zobaczyliśmy grupę dresiarzy wybiegających z lasu na łąkę. Początkowo myśleliśmy, że to poranny trening jakiegoś klubu sportowego. Pociąg się zatrzymał (ktoś pociągnął hamulec awaryjny?) i zwierzęta z sąsiednich przedziałów zaczęły biegać w te i we wte wzdłuż korytarza rycząć „Nie robić zdjęć, kurwa, tylko bić się!” ― jeden z naszych kompanów z przedziału zdążył już wyciągnąć teleobiektyw i trzaskał zdjęcia przez okno.
Nie wszyscy „nasi” kibole byli dość odważni, żeby wyjść i walczyć: z ok. 600 pseudokibiców Lechii Gdańsk, z pociągu wyszło zaledwie parudziesięciu. Jedni biegali wzdłuż taboru wrzeszcząc „Wysiadać, kurwa!”, inni rozciągali mięśnie i rozgrzewali się przed niespodziewanym sparringiem. Reprezentanci obu stron wyszli sobie naprzeciw, uściskali się, a następnie pozostali przybiegli i zaczęli się okładać po głowach.
Tu już zrobiło się niewesoło. Wróciliśmy do przedziału, nie wiedząc, czy bitwa nie przeniesie się do pociągu. Kolega z aparatem wyciągnął kombinerki i zaryglował drzwi. Panowie na zewnątrz walili się poniżej pasa, kopali leżących w głowę, często dwóch na jednego, zrywali z przeciwników bluzy dresowe (bluza w końcu daje parę punktów AC). Po dosłownie paru minutach, panowie z lasu (170 fanów Widzewa i Ruchu Chorzów, z tego co mi powiedziano) uciekli do samochodów, a „nasi” wrócili do wagonów. Podjechała policja, karetki, pielęgniarki rozdawały bandaże. Niektórzy radzili sobie sami ― z sąsiedniego przedziału usłyszałem, jak jeden kibol drugiemu dawał wskazówki medyczne: „Tam, gdzie sika krew, co nie, to tam musisz przycisnąć i trzymać (kurwa)”.
Do naszego przedziału zaczął dobijać się stary, misiowaty kibol, który już chyba nie był w stanie walczyć, ale robił za cenzurę.
―Żebyś żadnych zdjęć przypadkiem nie wrzucał do sieci! To nie jest zabawka! (sic) To są poważne sprawy!―Ale przecież wy sami kręciliście―odpowiedział kolega z aparatem.
―Tak, ale to są nasze wewnętrzne sprawy!
Załączam zatem 2 zdjęcia ich wewnętrznych spraw. Pozdrowienia dla misiowatego kibola.
Czekaliśmy w polu dwie godziny, potem na najbliższej stacji kolejne 3, a prewencyjni legitymowali wszystkich po kolei, biorąc 103 do aresztu, jak podaje GW. Wyjaśniłem dziewczynom, że takie rzeczy się zazwyczaj nie dzieją podczas podróży polskim pociągiem, i że z Warszawy do Krakowa tak naprawdę jedzie się 4 godziny, a nie 10, jak my jechaliśmy. Nie wiem jednak, czy Valérie mi wierzy, po tym, co zobaczyła.
Why yes, we do impatiently await the arrival of the Apocalypse.
Kontynuujemy serię wizyt i rewizyt z Rezą z Teheranu. Ja go poznałem przez Hospitality Club, kiedy w lipcu ubiegłego roku wrzuciłem post na forum HC, prosząc o nocleg w Iranie. On się odezwał po kwadransie, oferując mnie i Mariuszowi gościnę w swoim dużym mieszkaniu w dzielnicy Tehran-Sar. On potem wyleciał na studia do Szwecji, i wraz ze swoją chińską dziewczyną Naną zahaczyli o Warszawę w marcu, podczas trasy środkowoeuropejskiej. Wtedy w ciemno z Mariuszem kupiliśmy bilety na WizzAir do Göteborga, bo były tanie, a nie dlatego, że lot wypadł w środku sesji.
Po pięciu latach wróciłem do Szwecji zupełnie niewyspany. Skandynawia niewiele się zmieniła, wciąż jest droga, mokra i senna. W piątkowy poranek dworzec główny w Göteborgu był pusty, a z rzadka pojawiające się białe twarze szybko przemykały się po hali, żeby przypadkiem nie nawiązać kontaktu wzrokowego z drugim człowiekiem. Jedyny uśmiech widzieliśmy na twarzy Irakijczyka w kasie biletowej, kiedy zapytałem, czy jest Persem. Okazało się, że choć jest sunnitą, urodził się w Qom, w Iranie, i mówił po persku. Po raz pierwszy od roku miałem okazję pożegnać się słowami “Khoda hafez”. Reza pojawił się w piżamie i klapka, jeszcze nie wytrzeźwiawszy po poprzedniej nocy. Kupił nam bilety z automatu (damn ta'arof) i władował nas w autobus do Borås, gdzie studiuje.
Całą drogę słuchałem płyty F♯A♯∞, Godspeed You! Black Emperor. Polecam to jako soundtrack do jakiejkolwiek podróży, jednak do przejażdżki przez prowincję szwedzką ta płyta nadaje się w sposób szczególny. Łatwo sobie wyobrazić Szwecję w fazie końca świata. Być może dlatego, że dobrobyt i spokój jest tu tak widoczny, sama nasuwa się wizja destrukcji, jako kontrast. Sam spotkałem się z opinią dziewczyny z sąsiedniej Finlandii, że życie jest tu zbyt łatwe. Ludzie równocześnie sprawiają wrażenie smutnych i zblazowanych. I choć próżno by na podstawie tak powierzchownych, zewnętrznych cech twierdzić, że społeczeństwo szwedzkie zasługuje na metkę “zgniłego”, jakoś trudno odpędzić wizję płonących samochodów (with no driver at the wheel) i zgliszcz domów.
Göteborg był pusty, plastikowy, a lokalni wyglądali jak manekiny, które postanowiły zbuntować się przeciwko dyrekcji salonu H&M i wyszły na miasto. Borås z kolei to średniej wielkości wymarłe miasto. Przyjechaliśmy w przeddzień Midsommardag, czyli Nocy Świętojańskiej. Najwidoczniej święta państwowe w Szwecji mają to do siebie, że wszyscy zaszywają się w swoich mieszkaniach, albo wyjeżdżają za miasto. Chodziliśmy w deszczu po wyludnionym Borås, widząc czasem tylko pojedynczych Hindusów, Persów, Arabów i Murzynów. Szwedzi, jeśli się pojawiali, biegli w pojedynkę i mijając nas, przerzucali swoje torby na drugie ramię.
Reza już nie musi żyć pod władzą mułłów i nadrabia przy każdej okazji. W sklepach można kupić tylko piwo 3,5%, a “normalny” alkohol kupuje się w punktach Systembolaget, czyli sklepach monopolowych w dosłownym znaczeniu. W Borås jest ich zaledwie garstka, i zamykane są późnym popołudniem. Pierwsza wyprawa do miasta zakończyła się niepowodzeniem, w odczuciu Rezy, bo wszystkie Systembolagety były zamknięte z okazji święta.
Mieszkamy na osiedlu niskich bloków, w lesie na obrzeżach Borås. Część budynków to akademiki, w których mieszkają prawie wyłącznie studenci z Azji, a reszta do państwowe budownictwo przeznaczone dla uchodźców i “biedoty” szwedzkiej. W segmencie Rezy mieszka jeszcze Nana i jeden Hindus z Chennai. Pobliski sklep należy do tureckich Kurdów. W piątek, w drodze po zakupy, zauważyłem lokal z napisem “ćevap”. Podszedłem więc do właściciela palącego przed drzwiami, i zapytałem się po serbsku, czy możemy się napić kawy. Facet się na mnie spojrzał jak na wariata, i od razu głupio mi się zrobiło, że założyłem, że to knajpa bośniacka. Po czym odpowiedział, również po serbsku: “Oczywiście, jaką chcesz kawę?” Wypiliśmy więc pierwsze porządne espresso w Skandynawii, a Reza zajął się rozmową z Irańczykami przed kafaną.
Na osiedlu czujemy się jak w Iranie, jest tylko chłodniej i drożej. W autobusach Reza najczęściej z kimś nawiązuje rozmowę po persku. Niekiedy pojawi się zabłąkany Szwed-intruz. W sklepach znajdujemy produkty importowane z Bliskiego Wschodu albo z Bośni. Nana gotuje nam pyszne potrawy chińskie. Kupiliśmy na drogę powrotną płaskie chleby irańskie. Jutro o 8 rano samolot do Warszawy.
View Larger Map
Jo Negociata - Vetëvendosje
Siedzimy w Prisztinie. Przyjechaliśmy bezpośrednio z Belgradu, nazajutrz po ogłoszeniu wyników wyborów, bo nie chciało nam się tego samego dnia ruszać nocnikiem o 22:00 do Skopja. Okazuje się, że codziennie odjeżdża kilka autobusów do Prisztiny, z głównego dworca autobusowego w Belgradzie. W środku głównie Albańczycy, i paru Serbów. Wszyscy z serbskim dowodem osobistym i identyfikatorem wydanym przez UNMIK. Pani Autobusowa chodziła wzdłuż pojazdu rozdając wcześniej zebrany dowody osobiste, wywołując nazwiska muzułmańskie z wyraźnym serbskim akcentem. Wszystko w dość miłej atmosferze.
Dojechaliśmy do "linii administracyjnej" (bo przecież nie granicy, z punktu widzenia serbskiego), do autobusu weszli policjanci (nie pogranicznicy, oczywiście) i zażądali dokumentów. Z Kubą stwierdziliśmy, że skoro to nie granica, to wystarczy jakikolwiek dokument, nie koniecznie paszport. Ja poszedłem na pierwszy ogień i wyjechałem facetowi z kartą ISIC. "Nic więcej nie masz?" zapytał. Odpowiedziałem, że nie wiedziałem, że jest potrzebny, skoro to nie granica państwowa. Serb na to: "Nije to tvoje da o tome razmiszljasz". Kuba wówczas schował polski dowód i obaj wyciągnęliśmy paszporty.
Na pierwszy rzut oka, niewiele się zmieniło na prowincji kosowskiej od mojego ostatniego pobytu, w 2003 roku. Ziemia przy głównych drogach wciąż jest okupowana przez szkielety niedokończonych budynków, od czapy postawionych budynków czteropiętrowych z meblami lub przerażającymi sukniami ślubnymi w witrynach. Co parędziesiąt metrów sklep z amerykańsko-brzmiącą nazwą (Hillary, Victory, Dallas, Liberty, etc) oraz flaga albańska obok nowej, ultrawazeliniarskiej flagi kosowskiej. Nie ma już prawie w ogóle drutu kolczastego. Z rzadka widzi się pojazdy opancerzone KFOR, częściej białe SUV z literami UN na drzwiach.
Po drodze do Prisztiny wyłapaliśmy pierwszych "międzynarodowych" w autobusie, dwie dziewczyny z Paryża piszące dla jakiejś gazety czy dla 20minutes.fr, w sumie nie wiem do końca. Planowały jechać, podobnie jak i my, do Wielkiej Hoczy,i miały się spotkać z hordą zaprzyjaźnionych francuskich dziennikarzy w Prisztinie. Okazało się, że cała gromada śpi w tym samym guesthouse'ie co my (tym samym, w którym byłem w 2003 r.), więc zdobyliśmy sporo informacji o Kosowskiej Mitrowicy, w której grupa francuzów numer 2 kręciła reportaż przez 3 dni.
Wczoraj pojechaliśmy do Mitrowicy. 40 km, jedzie się 1,5h, ponieważ Kosowo funkcjonuje na zasadach azjatyckich (ukryte przystanki, nielogiczna marszruta, interesy kierowcy być może załatwiane po drodze). Wysiedliśmy po stronie muzułmańskiej i zwaliliśmy się do knajpy albańskiej na obiad. Właściciel należał do tej 1/10 obywatelu demoludów, która robiła biznes (bądź biznjes) w Polsce, i oczywiście chciał z nami pogadać. Akurat był u niego człowiek, który zajmował się "kateringiem" - dowoził jedzenie na budowy po obu stronach mostu. Zabraliśmy się z nim do Boszniaciej Mahali, ulicy po serbskiej stronie, która jest swego rozdaju ziemią niczyją. Mieszkają tam i Bośniacy, i Albańczycy, i coraz częściej Serbowie. Rząd w Belgradzie właśnie tam postanowił umieścić placówkę terenową Ministerstwa ds. Kosowa i Metochii, wraz z ogromnym, oczojebnym billboardem: "KOSOVO JE SRBIJA". Strzeliliśmy parę zdjęć, po czym przyłączyli się do nas dość konkretnie zbudowani panowie Serbowie w ubranich munduropodobnych, i zapytali, dla kogo pracujemy. Pierwsze pytanie w Kosowie. "What mission are you from". Włączyliśmy tryb "Talk your way out of trouble in the local language", i pokazaliśmy zdjęcia w aparacie. Akurat miałem zdjęcia sklepu albańskiego z koszulkami propagandowymi i płytami DVD z twarzą znanego terorysty sziptarskiego/bohatera albańskiego. Wymagało to trochę wyjaśnień, ale po wszystkim faceci nas polubili i nawet podwijali rękawy i pokazywali nam swoje tatuaże z symbolami zbrodniczych serbskich jednostek paramilitarnych.
Jeszcze przeprowadziliśmy wywiad z 17letnim chłopcem po stronie albańskiej. Co ciekawe, twierdził, że od czasów dzieciństwa nie był po stronie serbskiej. Potem wróciliśmy na stronę serbską pogadać z KPSami (Kosovo Police Service), sami Serbowie, którzy oczywiście mieli swoje, dość stanowcze zdanie na temat tego, czy międzynarodowi tak samo traktują ludność serbską i albańską. Podali przykład wioski spalonej przez Albańczyków na oczach KFORowców francuskich, 17 marca 2004 roku. Francuzi ponoć przyjęli do bazy kobiety i dzieci, a facetów zostawili we wsi. Odwrotnych przykładów nie podali.
Na koniec całej przygody trafiliśmy do specyficznej knajpy w Boszniackiej Mahali. Właściciel jest Turkiem, a przychodzą do niego zarówno Serbowie jak i Albańczycy. Nie trafiliśmy na śniadanie, a ponoć właśnie wtedy można ich wszystkich zobaczyć razem. Facet ponoć otrzymuje pogróżki z jednej i drugiej strony, właśnie za to. Przeprowadziliśmy z nim trzygodzinny, dość optymistyczny wywiad.
Skrót najważniejszych informacji: Obcokrajowcy wjeżdżający do Kosowa otrzymują 90-dniową, darmową wizę. Celem przedłużenia pobytu, należny napisać na oficjalny adres mailowy jakiegoś urzędu. Skrzynka znajduje się na hotmail.com. Very professional.
Wasni etniczne na styku czlowiek - maszyna
Mialo byc dlugo i tresciwie, ale albanski komputer w kafecje w Kosowie najwyrazniej wyczul, ze ma do czynienia ze Slowianinem, i zresetowal sie samoczynnie gdzies w okolicach opisu granicy Kosowskiej. Zatem wiecej jutro, jak ostygnie nienawisc. Jestesmy w Prisztinie, dzis bylismy w Mitrowicy, zarowno po stronie albanskiej jak i po serbskiej. Jest bezpiecznie. Most stoi jak stal, po jednej stronie go strzega Serbowie z Czechem i Hindusem, a po drugiej stronie wytatuowani Francuzi nie mowiacy ni w zab po angielsku. Jutro jedziemy z francuskimi dziennikarkami z 20minutes.fr do miejscowosci Velika Hocza.
And the apartment goes the way of the car
The Lachestan Escape Plan
Jestesmy w Kijowie, niespodziewanie. W Doniecku okazalo sie, ze musimy jechac z przesiadka przez Kijow. Mamy tu tylko pare godzin, za chwile spotykamy sie z Katja. Probuje wciaz dorwac Sergieja i Zenie. Dobrze znow byc w Polsce, prawie, choc tu juz jesien. Jutro rano jestesmy w Lwowie, wieczorem bedziemy w Warszawie.
Kazachstan, Lachestan
Opuscilismy juz Uzbekistan. Dzis rano pojechalismy na bazar, gdzie pomocny pan wsadzil nas do marszrutki na granice. Na granicy, jak to czesto bywa, znajdowalo sie przejscie graniczne. Tylko ze dla lokalnych. Kolejna pomocna osoba za $8 zawiozla nas na prawdziwe przejscie graniczne, gdzie poszlo sprawniej, niz myslalem, choc na nasze nieszczescie, wyposazono jednego z pogranicznikow w laptopa. Sadzac po wyrazie twarzy i sposobie mowienia, gdyby odciac temu czlowiekowi jednego palca, mialby klopot doliczyc do dziesieciu. Poza tym sprawnie poszlo i po paru godzinach znalezlismy sie w kolejnym komunistycznym nigdzie pod dworcem. Koniki probowali nam sprzedac nieistniejace bilety na pociag, Mariusz za to z profesjonalizmem Roberta Paulsona z Fight Club wywolal u pani w okienku odruchy matczyne. Ta z kolei zadzwonila do Almaty i osobiscie uzgodnila z kierowniczka pociagu, ze dwojka Polakow przyjedzie jej dac w lape, byleby dostac sie do pociagu relacji Almata-Simferopol. Jesli vsjo budjet charaszo, za trzy dni bedziemy w Doniecku kombinowac bilety do Lwowa. Czeka nas lezenie, czytanie, dlubanie slonecznika, granie w nardy, czyli srodkowoazjatycka odmiane backgammona, i ogladanie stepu. Pozwole sobie jeszcze tylko wyrazic zachwyt nad tym, ze w tej kafejce jest Linux. Dobranoc panstwu.
Sa rozne sprawy
Siedzimy od wczoraj w Taszkencie. Buchara i Samarkanda ladne, piekne meczety, smaczne szaszlyki. Schody zaczely sie tu, kiedy okazalo sie, ze nie mozemy wybrac pieniedzy z zadnego "punktu wymiany" w hotelach -- tzn. miejscach, w ktorych z karty wyplacaja dolary za prowizja. Z bankomatow mozna w Uzbekistanie wyplacac co prawda lokalna walute, ale najwyzszy nominal to 1000 somow, czyli niecaly $1. Najwyzsza kwota, jaka mozna pobrac z bankomatu jednorazowo to 20000 somow. Powolujac sie na Ole z Aszgabatu, poprosilismy pana w ambasadzie RP w Taszkencie o pomoc, on ma nam wreczyc dolary, a my zrobimy mu przelew. Jak to Mariusz zauwazyl, gdyby tabuny turystow przewalaly sie przez Uzbekistan, taka pomoc bylaby dla nas pewnie niedostepna, ale dzieki izolacji Uzbekistanu, backpacker jest tu wciaz rzadki, a konsul pewnie sie nudzi.
Spimy u Zokira, z HC. Podloga sie troche rusza, ale chlopak jest bystry i jest native-speakerem czterech jezykow: w domu rozmawia z rodzicami po kazachsku, z rodzenstwem w lokalnym dialekcie, dosc odmiennym od uzbeckiego, w szkole po rosyjsku, a w innych sytuacjach po uzbecku. I jest anglista.
Wracamy caly czas w rozmowach do tego Turkmenistanu. Wczoraj Zokir opowiedzial nam przy szaszlykach o tym, jak wprowadzono wizy turystyczne dla uzbekow w Turkmenistanie: Ponoc Islam Karimov, prezydent Uzbekistanu, raz sie przejezyczyl i powiedzial Supermurat na Saparmurata Nijazowa, i Turkmenbasza sie wkurzyl. Dowiedzielismy sie tez, ze Turkmenbasza zlikwidowal prawie wszystkie szpitale i biblioteki, twierdzac, ze Turkmeni nie choruja i wszystko juz wiedza. Choc nie wolno palic papierosow na ulicy, w miejscach publicznych ani w samochodach, prezydent oficjalnie zezwolil posiadanie opium w ilosciach <5g, poniewaz, jak to sam stwierdzil w oredziu do narodu, "Co to za Turkmen co nie pali opium?" Dla rownowagi, zapytalismy Zokira, czy jest szansa na zmiany prezydenta uzbeckiego w grudniowych wyborach. On potwierdzil, ze tak. Nowym prezydentem ma zostac corka aktualnie urzedujacego Islama Karimova.
Jutro jedziemy w ciemno do Kazachstanu. Dwa rozne zrodla podaja sprzeczne daty odjazdu pociagu do Doniecka, wiec liczymy tu na Allacha i korupcje wsrod prowadnikow.
Na tajniaka tajniak mruga
Znow granica perska okazala sie bardziej smieszna niz grozna. Pogranicznik nie chcial uwierzyc, ze jestesmy z Polski, poniewaz w naszych paszportach ani razu nie wystepuje slowo Lachestan. Dopiero ulomne proby wytlumaczenia po persku wywolaly olsnienie w jego glowie. Pytali nas o zawod (przy wyjezdzie?!), Mariusz odpowiedzial, ze student, ja przez chwile rozwazalem odpowiedzi "spekulacja gieldowa" lub "handel bronia", ale zostalem przy opcji klasycznej.
Choc po stronie perskiej jest caly, w miare nowoczesny kompleks, tak przejscie po stronie Turkmenskiej sugeruje, ze odbywa sie tam tylko handel pestkami slonecznika. Turkmeni na sluzbie zasadniczej, ubrani w szmaty najgorszego gatunku, uzbrojeni w kalasznikowy bez magazynkow, siedza przed nieklimatyzowana buda, w ktorej jest tylko stol, pieczatka, i spore zdjecie nowego dyktatora. Zapytany przez najwyzej postawionego soldata, o to, czy jedziemy do Aszgabatu, Mariusz odpowiedzial, ze nam przeciez nie wolno. Na to soldat, ze wolno. Postanowilismy przesiac odpowiedz przez grube sito, i w nastepnej budzie granicznej znow zapytac.
W drugiej budzie przeladowywano recznie karton z jednego tira na drugi, jedno wejscie bylo zupelnie zawalone parcianymi torbami z plastikowymi klapkami Made in China, po ktorych wspinali sie pogranicznicy chcac dojsc do tira z papierem. Nas przyjeto po kwadransie, wyciagnieto z nas haracz $12 (oplata graniczna), i wreczono karty z dokladnie wyznaczona trasa tranzytu przez Turkmenie. Na wyrazna i wielokrotna prosbe Mariusza, drugi przystanek brzmial Aszgabat.
Jeszcze spisali wszystkie sprzety (w tym odtwarzacze MP3 -- pogranicznik Mariusza mial klopot z wyrazem iPod), spytali o geroine, gaszisz i bron, prawie otworzyli Mariuszowi paczke z melassa do nargili, i puszczono nas.
Przez to, ze ambasada nie puscila nas do Aszgabatu, musielismy nadrobic 400km z powrotem na zachod. Z tlumu entuzjastycznych majfrendow/taksowkarzy wybralismy jednego, ktory dowiozl nas do najblizszej wsi, a po ostrych pertraktacjach, do stolicy. Wedlug roznych wyliczen, za jednego dolara mozna w Turkmenistanie kupic 60-100L paliwa, wiec mam nadzieje, ze te $27 ktore na nas zarobil pojdzie na pomarancze dla dzieci a nie na wodke. Po drodze zatrzmalismy sie na kawe przed przydroznym stolem i pienkiem. Dziewczyna miala komorke, wiec przelozylismy karte SIM do telefonu Mariusza i zadzwonilismy do Oli (wice-konsul RP w Turkmenistanie, do ktorej kontakt mielismy od Gosii z SEWu), ale odebral ktos mowiacy bardzo zle po niemiecku. W tym momencie dostalem smsa od operatora z adresem najblizszej ambasady RP -- zdazylem tylko spisac ulice i numer domy, po czym telefon sie rozladowal
Ruszylismy dalej do Aszgabatu, z adresem na kartce, liczac, ze jak trafimy do ambasady, ktos skontaktuje sie z Ola. Minelismy liczne punkty kontroli drogowej, ale tylko raz sprawdzono nam paszporty. W koncu wjechalismy do stolicy. Ja i Mariusz z twarzami przylepionymi do szyb "podziwialismy" wielkie urzedy, teatry, i inne prawie puste budowle, wzniesione na osobiste zyczenie zmarlego w grudniu Saparmurata Nijazowa, samozwanczego Turkmenbaszy. Kierowca tym czasem, z coraz wiekszym niepokojem szukal Bulwaru Ataturka 241, pytajac sie co rusz ludzi i milicjantow, ktorzy o takiej ulicy nigdy nie slyszeli. Po jakims czasie i ja zaczalem sie niepokoic, wiec odpalilem jeszcze raz telefon i dojechalem do konca wiadomosci. Okazalo sie, ze adres, ktory dostalismy, to lokalizacja ambasady RP w Ankarze. (Jak nam pozniej wyjasnila Ola, ambasada w Aszgabacie jest jeszcze w trakcie tworzenia.) Nie zdradzilismy tego faktu kierowcy, poprosilismy tylko, zeby nas podrzucil w miejsce, z ktorego mozna zadzwonic.
Pan szofer podwiozl nas do call-center, w ktorym, przed archaicznymi aparatami, czekala kolejka ludzi na pol godziny. Powiedziano nam jednak, ze jesli jestesmy sklonni przeplacic dziesieciokrotnie, mozemy sie wcisnac bez kolejki. Oczywiscie skorzystalismy i po chwili rozmawialismy z Ola, ktora akurat byla w Turkmenabat, pod granica uzbecka, ale miala o 12 z Karolina przyleciec samolotem. Umowilismy sie wiec pod trojnoszka, czyli arka neutraliteta, na wierzchu ktorej znajduje sie zloty posag Turkmenbaszy, obracajacy sie w ciagu dnia w kierunku slonca. "Przeplacilismy" jednak za rozmowe, zamiast rownowartosci 5 groszy zaplacilismy 50.
Siedzielismy jeszcze do pozna u Oli i jej przyjaciolki Karoliny, ktora przyjechala na "staz" do Turkmenistanu. Okazalo sie, ze oprocz Gosi, mamy jeszcze innych wspolnych znajomych, chocby Kusztara z SEW i Macka z OSW. Nastepnego dnia, Ola probowala (m.in. przez swoja lektorke turkmenskiego) zalatwic nam bilety na pociag do granicy uzbeckiej (ok $1.50). Bezskutecznie. Na samolot nie bylo szans, choc bilety kosztowaly dla nas $15, czyli 10x wiecej niz dla lokalnych. My wpadlismy tylko na chwile do ambasady, poznalismy pana ambasadora i zone, i ruszylismy do centrum
Centrum Aszgabatu ciezko jest odpowiednio opisac, to po prostu trzeba zobaczyc. Calosc wyglada, jakby autystyczne dziecko z megalomania gralo w Sim-City. W zupelnie dowolnych ukladach porozrzucane sa ogromne, pompatyczne, marmurowe, bezuzyteczne budowle, najczesciej urzedy, w ktorych urzednicy zajmuja 1/4. Ponoc, oczywiscie, bo nie mozna tak po prostu wejsc sobie do zadnego. Do niektorych, np. do tzw. Palacu Duchowosci, nie mozna sie nawet zblizyc na 50m ani fotografowac. Uklad budynkow i przestrzen miedzy nimi sprawia, ze trudno "po drodze" mijac je, gdyz nie sa do nikad po drodze, choc sa w samym centrum. Jak juz ktos podejdzie, jest pilnie obserwowany przez policje lub zolnierzy.
Do tego dochodzi jeszcze park, "laczacy" "dzielnice" "urzedow" z rzedami wiezowcow wybudowanych dla przodownikow turkmenskich. "Laczacy", dlatego, ze nikogo w tych parkach nie ma. Trawa jest idealnie przycieta, wszystkie krzewy i kwiaty doskonale nawodnione, brakuje jedynie ludzi, ktorzy omijaja ten park szerokim lukiem. Przemykaja sie jedynie z rzadka robotnice, z twarzami zawinietymi, czyszczac kazdy centymetr kwadratowy marmurowych fontann, w tym potwornie kiczowatej fontanny z czterometrowym, zlotym Turkmenbasza na tle kilku koni. Calosc sprawia wrazenie planu z filmu science-fiction, w ktorym czlowiek laduje na obcej planecie, w ktorej miasta i parki sa idealnie czyste i zadbane, lodowki sa pelne, silniki samochodow na wolnych obrotach czekaja na swoich kierowcow, ale nie ma jednak ani jednego czlowieka.
Kupilismy jeszcze Ruhname i wrocilismy do domu Oli, gdzie z Karolina przygotowaly pyszne, lokalne dania (humus, baklazany w smietanie, zupe marchewkowa) i nalewki cytrynowe i figowe. Wpadl jeszcze Pan Staszek, szeg ochrony ONZ na Turkmenistan, z kolezanka, oraz wice-nuncjusz Stolicy Apostolskiej w Turkmenistanie, o. Jacek. W tym calym Fenianie srodkowoazjatyckim mielismy, przynajmniej przez pare godzin, mala oaze slowianska. Przed polnoca wszyscy sie rozkrecili i Jacek i Mariusz spiewali z gitara piesni harcerskie. Nastepnego dnia zgodnie uznalismy, ze byl to jeden z najfajniejszych dni wyprawy i pojechalismy do Uzbekistanu.



Zobacz w Google Earth

